środa, 7 lutego 2018

sprawozdanie

Dzień dobry Wszystkim!
Powoli wracam do żywych,  jeśli tak to można nazwać. Powiem tak, gdybym wiedziała jakie atrakcje dla mnie przygotowali na wczoraj...noga moja by w szpitalu nie stanęła. Sama nie wiem czego się spodziewałam, ale z całą pewnością nie tego, co zastałam. To był koszmar. To już operacja amputacji piersi była mniej traumatycznym przeżyciem niż to wczoraj.
Do szpitala kazali stawić się koło 8 no to się stawiłam i co zastałam.... kolejkę, pięknie uformowaną kolejkę z ludzkich ciał, co najmniej jak za czasów komuny po papier toaletowy. Wszyscy  z nóżki na nóżkę dreptali, przeklinali pod nosem. Jak będziecie mieli kiedyś wolny dzień proponuję pojechać do Redłowa do budynku nr 5 i poobserwujcie jak to tam wygląda. Mnie taki stan rzeczy zbytnio nie zaskoczył, bo nie był to mój pierwszy raz, ale za każdym razem jestem w pełnym szoku, że można tak opornie pracować. Gapią się te rejestratorki w monitory, co chwile im coś nie działa, a to drukarka, a to program się zawiesza... przyjęcie jednej osoby na oddział w ich wykonaniu trwa do 35minut a biurokracji przy tym tyle jakby książkę mieli potem o pacjencie napisać. Dodam tylko, że przechodząc na drugą stronę czyli przekraczając linię rejestracji, wkraczając na dział gabinety - papierologia jest powtarzalna... znowu jakieś 25 minut biurokracji.
No dobrze, kiedy już udało mi się wkroczyć dumnie na drugą stronę, musiałam poczekać aż pobiorą mi krew, a że żyły mam jakie mam, pani po 4 próbie spojrzała mi głęboko w oczy i mówi: "Karolinko musisz współpracować..." hmmmm, ale jak?!?!?!?!!!
Jeśli znacie jakąś skuteczną metodę na współpracę żył z człowiekiem to chętnie posłucham.
No to zaczęłam w myślach przemawiać do tych swoich stwardniałych, nieposłusznych żył... mówię, weźcie się do roboty bo mi się kobieta za poci i podda jeszcze i co wtedy zrobimy?!?! Pogadałam tak chwilę z nimi i nie wiem czy to była jakaś metoda, czy podziałała siła perswazji... ale co najważniejsze powolutku zaczęło kapać coś średnio zbliżone do koloru krwi. Nakapało tak sobie 3 probówki i byłam wolna na 3 godziny... myślę sobie idę coś zjeść i herbatkę bym wypiła. I już, już czułam smak herbatki na języku... aż tu Pani jakby czytała w moich myślach i mówi, tylko żeby Pani nie przyszło do głowy coś jeść czy pić, musi być Pani na czczo!!! jakże ja się wtedy poczułam... no to myślę sobie dobrze, że wzięłam książki ze sobą, bo co tu robić 3 godziny? żeby nie zwariować. Najpierw poszłam na spacer, potajemnie wsunęłam kilka mentosów, bo to przecież nie jedzenie czy picie, a o mentosach owa pani nic nie wspominała. No, ale ile można spacerować po terenie szpitala. Wróciłam na moje miejsce oczekiwania, usiadłam grzecznie na jedynym wolnym krzesełku, które się ostało i zagłębiłam się w lekturze. Czas minął na tyle szybko, że jak wywołali moje nazwisko to aż się zdziwiłam, że to już.
No i rozpoczęłam drugi etap rejestracji na oddział. Biurokracji ciąg dalszy. Po czym dostałam polecenie przebrania się w piżamkę w łazience. I tak jak weszłam do łazienki celem przebrania, okazało się, że zamek nie działa i nagle chyba połowa szpitala odczuwa akurat silną potrzebę skorzystania z łazienki a druga połowa pacjentów chyba otrzymała też polecenie przebrania się akurat w tej łazience. Także podczas 7 minutowej próby przebrania się miałam około 150 niezapowiedzianych wizyt, ale po 3 otwarciu drzwi było mi już wszystko jedno kto chce wejść i po co. Już nie odpowiadałam, że zajęte, nie chowałam się za zlew, tylko mówiłam zapraszam, jest tu dużo miejsca. Następnym krokiem było ponowne oczekiwanie, tym razem już w okolicy wind, które świadczyły, że za niedługo wjadę na oddział. Po 40 minutach wpatrywania się w migające guziki wind, obserwacji kto przyjechał z kim i po co... litościwa pani mówi "no to jedziemy". Zawsze to jakaś odmiana, kiedy przez pół dnia słyszy się - musi pani jeszcze poczekać.
Wjechałam na oddział z zamiarem przespania się. Jakież było moje zdziwienie, kiedy Pani mówi o tu proszę piżamka dla pani, taka specjalna, proszę się przebrać bo zaraz będziemy jechać. No to pospałam, ale w końcu to nie spa tylko szpital. No to się przebrałam. Chyba całe piętro słyszało moją reakcję, kiedy zobaczyłam co mam na sobie i jak w tym wyglądam. Otrzymałam bowiem strój w pięknym kolorze blue w rozmiarze no cóż XL. Ważę 52kg, nie wiem od jakiej wagi jest rozmiar XL, ale myślę, że w strój ten zmieściła bym się swobodnie z mężem, synem, córką i jeszcze mogłabym spokojnie zaprosić kogoś w rozmiarze L i byłoby nam całkiem wygodnie. No, ale cóż, dają to bierz i nie marudź, mogłoby być znacznie gorzej.
Po przebraniu dokonałam oględzin pokoju... pościel moją chyba napadły myszy albo co najmniej mole bo miała dziurę na dziurze, no ale czego oczekiwać za darmoszkę. Myślę sobie włączę telewizor... po czym inna pani, która też miała chyba dar czytania w myślach woła, tylko proszę nie włączać telewizora bo niestety nie działa, łóżkiem też proszę nie manipulować bo brak pilota.... Sobie myślę, czy jest coś co w tym szpitalu działa??? Także przyfarciła mi sala działająca na 50%.
Minęło kilka chwil przyjechała pani z wózkiem inwalidzkim... troszkę się zbuntowałam, bo przecież umiem i mogę chodzić. Ale pani nie dała się przekonać - procedury i bez dyskusji. No to chycnęłam na wózek i powiem wam, że to wcale nie taka prosta sztuka pchać kogoś na wózku, słyszałam jak pani sapie i czułam jak manewruje tym wózkiem na prawo i lewo, żeby nie walnąć w kogoś lub coś po drodze. Już nie chciała jej wypominać, że łatwiej by było gdybym poszła sama, bo i tak bym nic nie zmieniła, bo wiecie procedury ważniejsze od człowieka.
Zawiozła mnie na salę operacyjną i tam to dopiero się zaczęło cyrk i przedstawienie w jednm.
Moja operacja amputacji piersi nie miała takich przygotowań jak to wczoraj. Ja byłam przekonana że mnie uśpią, zrobią swoje, zawiozą na salę, obudzą, dadzą chwilę na ogarnięcie i do domu. Oj jakież było moje zdziwienie, kiedy pani mówi, zabieg będzie wykonany przy znieczuleniu miejscowym i będziemy potrzebowali pani pełnej współpracy. Już na sam wydźwięk tych słów byłam mokra i chciałam zwiać, ale drzwi sali były zamknięte a pani z wózkiem ulotniła się jak kamfora. Na dokładkę strój który mi dali uniemożliwiał mi ucieczkę ponieważ plątał się między nogami, za stopami, zjeżdżał z tyłka, a dekolt od bluzki sięgał do pępka. Panie z sali operacyjnej gdy mi się lepiej przyjrzały, pośmiały się ze mnie, wypowiedziały co miały do wypowiedzenia, przyniosły mi inny strój w kolorze zielonym ponieważ taki kolor dominował u nich na sali, one też miały garderobę zieloną i co najważniejsze do procedur  i rozliczeń szpitalnych kolor musi się zgadzać. No to dostałam nową piżamkę w kolorze zielonym i w rozmiarze L, za dużo to nie zmieniło ale zawsze coś.
Położyli mnie na stole operacyjnym i się zaczęło. Przypięli mi nogi pasami, więc etap ucieczki miałam już daleko za sobą. Całą łącznie z głową przykryli mi zieloną tkaniną, którą po 3 minutach zaczęłam wyzywać od upierdliwych śmierdzących szmat. I pani przystąpiła do akcji.  Znieczulenie odczułam chyba jakby mi na żywca amputowali ucho czy coś... ból niesamowity. Pomyślcie jakie to uczucie, kiedy ktoś wam się wbija igłą w szyję kilkukrotnie. Następnie pani zaczęła działać dalej szarpać, kroić, ciągnąć, wgniatać całym ciężarem swojego ciała w moją szyję. Szmata coraz bardziej dawała mi się we znaki. Próbowałam podnosić ją językiem, ale pani zrobiła sobie na mojej głowie mce do przetrzymywania narzędzi chirurgicznych bo powiedziała: przepraszam, ale tylko tu jest sterylnie... akurat tu, gdzie mam nos... Najgorsze były te wszystkie informacje, które słyszałam, bo pani szczegółowo mówiła co robi, co będzie robić, co chciała robić a co jej nie wyszło... w pewnym momencie zabrakło mi tlenu, zaczęłam się dusić, a przy tym zabiegu średnio można się ruszać... po prostu nie mogłam oddychać, chciałam usiąść, ale jak już wspomniałam nogi miałam spięte pasami... koszmar mówię wam. Nagle słyszę odma robi się odma... zawołajcie doktor jakąś tam.... po czym słyszę, że to co do tej pory pikało pik pik podłączone do moje palca... już nie pika pik pik. tylko przeraźliwie się drze piiiiiiiiiiiiiiiiikkkkkkkkkk. Czuję jak moje serce zaczyna walić jak oszalałe, jak szmata przygniata mnie coraz bardziej, jak tracę oddech i już sobie wyobrażam, jak zaraz będą do mnie biegli jak na filmach z takim defibrylatorem czy jak to się tam nazywa i będą mnie przywracać do życia prądem... Ale skończyło się na słowach: podłączamy kroplówkę, antybiotyk, podajemy coś tam, przerywamy akcję pacjentka ma anomalię żylną, proszę jej zwilżyć usta... czy już lepiej?? Tak lepiej by było gdyby mnie tu nie było. Po czym znowu padły magiczne słowa: "Pani Karolinko musi pani z nami współpracować" no myślałam, że się opluje. Jak ja mogę współpracować no jak... kiedy mam wrażenie, że jestem jedną nogą w grobie.
Uświadomiono mi, że 30% pracy mają za sobą. Łzy mi się zakręciły w oczach bo miałam wrażenie, że leżę tak już nie wiadomo ile i że za chwilę chyba powinien być koniec.
Następnie ekipa z zielonej sali doszła do wniosku, że anomalii żył jednak nie ma i trzeba zrobić akcję od nowa. Wykonali mi chyba z 55 rentgenów ... proszę oddychać, proszę nabrać powietrza, zatrzymać, powoli wypuszczać i tak bez końca.
Następnym etapem był smród palonej skóry, słyszałam takie niezbyt sympatyczne syczenie po czym rozlegał się niesamowity smród - jak ktoś ma rodzinę na wsi i miał okazję uczestniczyć w opalaniu martwego koguta tudzież kury, kaczki to jest w stanie sobie owy smrodek odtworzyć. Ale nie polecam :)
Akcja z brakiem tlenu pojawiała się kilkukrotnie, ponieważ szmata przygniatała mnie coraz bardziej. Wgniatanie szyi uznałam już za normę, pomyślałam, że po zabiegu spojrzę tej pani głęboko w oczy i zapytam - dlaczego?!
Bolało niemiłosiernie tyle wam powiem.  I normalnie jak zabieg taki trwa około 45 minut to u mnie oczywiście trwał godzinę i  25 minut bo ja już jestem taka wyjątkowa, nie współpracująca istotka.
Po zabiegu przewieźli mnie na salę pooperacyjną, gdzie mimo pracujących monitorów, pisków, latania pielęgniarek, udało mi się chwilkę pospać. Następnie wróciła moja pani z wózkiem inwalidzkim i rozpoczęła się wycieczka powrotna na salę z dziurawą pościelą i niedziałającymi sprzętami.
Tam na sali ponownie dopadła mnie myśl o spaniu ale cóż... przecież to szpital a nie noclegownia... Najpierw odwiedził mnie ksiądz z propozycją nie do odrzucenia... ale jak tylko usłyszał o braku ślubu kościelnego to uciekł niemal tak szybko jak ja planowałam zwiać podczas zabiegu. A ja naprawdę miałam szczere chęci się wyspowiadać, porozmawiać... no ale cóż, widać jeszcze nie teraz.
Następnie co chwile przychodziły pielęgniarki z milionem pytań, następnie pani z zapytaniem - kolację będzie pani jadła... patrzę na zegarek i mówię: Wie pani co ... ja jeszcze dziś śniadania nie jadłam a pani mnie pyta o 15.30 czy ja kolację będę jadła... podziękuję!
Następnie obudził mnie śmiech męża mojego, który to ocenił wzrokowo moją sytuację ubraniową - czyli owy sexowny zielony strój i zasugerował żeby go może zabrać do domu ... nie wnikam jakie miał w stosunku do niego plany, bo chyba wolę nie wiedzieć. Także po przebraniu się w swoje normalne ciuchy, szpitalny strój zakończył żywot w szpitalnym śmietniku.
O godzinie 18 po otrzymaniu wypisów, wypuścili nas na wolność.
I tak oto wyglądała moja wczorajsza przygoda i tak jak już wspominałam, żebym wiedziała, że to taka historia z tego będzie to nawet by mi przez myśl nie przeszło pchać się tam na własne życzenie. Dziś siedzę jak taka sierota z gigantyczny opatrunkiem na szyi, ruszam głową jak robot, położenie się czy wstanie z łóżka analizuję na 5 podejść. Ale mam nadzieję, że każdego dnia będzie lepiej i że ten port w ostateczności zadziała... bo jak nie to cała przygoda o kant tyłka. Uświadomili mi w szpitalu, że gdy będę przechodzić przez bramki na lotnisku to będę pikać... hihi :) dostałam paszport swojego czipa, także jestem oznakowana do końca życia. Za tydzień mam kontrolę czy port jest sprawny, czy wszystko ok itp itd.
Dziękuję Wam za smsy wczoraj, za telefony, za podpowiedzi do kogo powinnam skierować swoje modlity, za zdjęcia.
Dziękuję za Wszystko bo bez Was to by było o wiele trudniej znosić tą codzienność.
Buziaki!!!!!



2 komentarze: