Tak... jest mi wstyd, że dawno nie pisałam, ale ... teraz nastąpi seria pt. usprawiedliwiam się...
po 1. dzieci, po 2 dzieci, po 3 dzieci skutecznie umożliwiały mi podzielenie się z Wami moim samopoczuciem. W zasadzie źle to ujęłam... nie dzieci a dziecko w ilości sztuk 1, które aktualnie przebywa na zwolnieniu lekarskim z obowiązku przychodzenia do przedszkola bo wiecie... katarek, kaszelek itp, a energii ma za co najmniej 10 zdrowych. Przez co ona wieczorami grasuje a ja padam podczas czytania kolejnych przygód przeuroczej Świnki Peppy... Doszło do tego, że nawet jednego wieczoru kiedy oczy same zamknęły mi się w trakcie czytania... przyśnił mi się Tata Świnka... tak do takich sytuacji dochodzi w moim życiu...
Także wszelkie reklamacje, pretensje, zażalenia proszę kierować do mojej córci Alicji, ona Wam wszystko dokładnie wyjaśni, udzieli odpowiedzi na wszystkie pytania.
No, ale już koniec zwalania winy na małego aczkolwiek wysysającego z człowieka ostatnie pokłady energii człowieczka.
Co się działo...
We wtorek miałam badanie jamy brzusznej z obrzydliwym kontrastem... stwierdziłam -nigdy więcej. Jest to tak obrzydliwe, że aż nie chce mi się wierzyć, że nie ma innego badania, które by stwierdzało postęp chemioterapii. Ludzie tam wymiotują po korytarzach, słaniają się na nogach - obrzydlistwo. Ja sama oszukałam system... bo przed badaniem przez godzinę trzeba wypić 0,9l wody ze środkiem kontrastującym (trzeba być na czczo)... woda ta smakuje jak by ktoś do niej dolał ropę... także smacznego i jeszcze ta porażająca ilość na pusty żołądek, który aż rwie się żeby wyrzucić z siebie to świństwo - stąd widok wymiotujących ludzi na korytarzu... mi się udało zachować zawartość tego co wypiłam w żołądku, ale jak już wcześniej wspomniałam - oszukałam... wylałam 1/3 zawartości do wc... co wywołało uśmiech na mojej twarzy i ulgę w moim żołądku. Potem podają kontrast do żyły - a tu znowu wspaniałe uczucie - jakby człowiekowi rozerwało rękę i tylko czekasz aż krew zacznie kapać... kolejnym uczuciem jest płonąca czaszka a kolejnym zastanawiasz się czy się zesikałeś bo masz takie wrażenie, że chyba coś się tam na dole wydarzyło. Ale nie to tylko efekty specjalne środka kontrastującego. Stąd moja decyzja niepodważalna i ostateczna - nigdy więcej!!!! Wynik z tego super przeżycia podobno ma być w poniedziałek. Od wyniku zależy dalsze moje leczenie chemią, stąd mam lekkie obawy co będzie. Ale jak to w życiu - będzie co będzie i nie potrzebny stres i nerwy.
Dziś miałam badanie przygotowujące do radioterapii. Wyrysowali mi całą klatę na fioletowo i tu mam labę - do wtorku zero mycia... żeby nie zmyć dzieła sztuki z siebie. W poniedziałek naświetlanie na 11.30, które ma wywalić raka z kości...
Jutro wybieram się na wycieczkę do Opola, bo tam mnie jeszcze nie było... Fundacja, pod której jestem opieką poleciła mi Klinikę Samarytanin w Opolu, bo podobno mają nowoczesne metody leczenia tego dziadostwa. Rozmawiałam też z osobą, która podjęła tam leczenie i ma bardzo pozytywne wyniki - więc trzymajcie kciuki żeby dla mnie też coś tam wynaleźli.
A teraz chciałam serdecznie podziękować osobą, dzięki którym mój świat staje się piękniejszy. Są to osoby, które najpierw wywołują u mnie niepohamowany płacz, łzy lecą jak grochy...następnie pojawia się uśmiech, satysfakcja, że są na świecie tacy ludzie jak Wy. Dzięki Wam chce się wierzyć w drugiego człowieka. Niektórzy mnie totalnie zaskoczyli, bo nawet nie przypuszczałam, że moja osoba może coś dla nich znaczyć, coś ich obchodzić. Nie ma takich słów żebym mogła nimi wyrazić wdzięczność, ale chcę żebyście wiedzieli, że naprawdę z całego serca DZIĘKUJĘ i mam nadzieję, że życie pozwoli mi się zrewanżować za to, co dla mnie robicie.
Niektórych z Was nawet nie znam, a mimo to swoimi gestami sprawiacie, że jesteście mi bliscy. Oby więcej takich Wspaniałych, Dobrych Ludzi to świat będzie piękniejszy!
Życzę kolorowych snów i przesyłam moc uścisków.
Gdy tylko uzyskam jakieś informację w Opolu przybędę by Was o tym powiadomić :)
środa, 28 lutego 2018
sobota, 24 lutego 2018
raz, dwa, trzy ... żyć chcę ja... żyć chcesz Ty :)
Zanim usiadłam do pisania to miałam Wam tyle do powiedzenia, a teraz jak już siedzę to pustka w głowie. Ale może zacznę od tego, że ciut mnie niektórzy z Was dołują. Po tym, jak zostałam podopieczną fundacji znowu masowo rozpoczęły się złote rady płynące zewsząd. Co tylko spojrzę na telefon to mam wiadomości z tym, gdzie powinnam się udać, czego spróbować, co przeczytać, z czy, się zapoznać, z czego zrezygnować a czego już na 100% powinnam wypróbować, co jeść, czego nie itp itd. Że to błąd do Fundacji bo mi zabiorą większość albo wszystko ...
Najsmutniejsze są takie w których piszecie chemia zabija, chemia nie działa, nie warto jej brać... a co warto? Rzucić wszystko i co dalej... Jakiś schemat leczenia uruchomiłam w 2017 roku, nawet nie wyobrażacie sobie jaki strach jest już przed samym myśleniem żeby ten schemat przerwać, to nie jest proste, to nie są łatwe decyzje, bo od tego zależy moje być albo nie być.
Cieszę się na Wasz odzew co do tego, że jestem w Fundacji. Nie chcę żebyście myśleli, że nie mam na chleb bo i na bułki jeszcze znajdę. Pieniążki wpłacane przez Was do fundacji mają służyć temu żebym nie musiała zastanawiać się skąd wziąć na te wszystkie wizyty lekarskie, których koszt nierzadko zaczyna się od 400zł, na dojazdy do Opola, Warszawy, na badania, lekarstwa itp. Zapisałam się po to by mój budżet rodzinny nie ucierpiał z powodu mojej choroby, bym nie musiała za jakiś czas odmawiać czegoś dzieciom bo wiecie mama potrzebuje na lekarza. Poza tym zachodzi opcja, że gdzieś w Ośrodku w Polsce zaproponują mi leczenie zupełnie inne od tego co do tej pory i wtedy pieniążki te będą mi po prostu niezbędne bo tam leczenie zaczyna się od kwot 70tys zł ...a tu gdybym sprzedała wszystko co mam... nerki mam zdrowe jeszcze :) to nie wiem czy bym tyle uzbierała?! Stąd wyciągam do Was dłoń poprzez Fundację.
Chcę też uświadomić niektóre osoby, że jeszcze wychodzę z domu. Bo mina niektórych z Was na ulicy gdy się mijamy - bezcenna... tak, zdarzają mi się dni kiedy wychodzę na zewnątrz, czy to do sklepu, czy na spacer - tak ja wciąż żyję :)
Wiele osób też nie wie co powiedzieć gdy się widzimy, czasem nie trzeba nic mówić, wystarczy zwykły gest - jak to mówi moja córka - mama przytulas, i tu słowa są zbędne. Ja wiem, że większość z Was jest ze mną i to mi wystarczy.
Fajnie by było odejść troszkę od tematu choroby i tych wszystkich dupereli jej towarzyszących - Wy żyjecie pełną piersią, ja na pół gwizdka - polećcie jakąś fajną książkę (tylko nie z dziedziny medycyny, bo zwariuję), jakiś dobry film, podzielcie się tym co u Was... ja nie zawsze mam czas by zapytać jak Wasze dzieci, co słychać itp, ale to nie znaczy, że mnie to nie interesuje, lubię wiedzieć co się u Was dzieje.
A i Gratuluję osobie, która nazwała mojego raka - chwastem - idealnie, w samo sedno!! Interpretacja też bardzo mi odpowiada. Dziękuję!! Jesteś Zwycięzcą :)
Buziaki i przyjemnej soboty życzę!
PS. Czy u Was też tak cudownie biało?
PS2. Chciałam tylko dodać, że zdjęcia, które wstawiam na blog, w większości są autorstwa super Fotografki Katarzyny Goniszewskiej - Dziękuję za zatrzymanie w obiektywie mojej zmieniającej się twarzy. Nigdy nie lubiłam być fotografowana, Kasi udało się przełamać moje obawy i nawet mi się spodobało bycie po tej stronie obiektywu!!
Najsmutniejsze są takie w których piszecie chemia zabija, chemia nie działa, nie warto jej brać... a co warto? Rzucić wszystko i co dalej... Jakiś schemat leczenia uruchomiłam w 2017 roku, nawet nie wyobrażacie sobie jaki strach jest już przed samym myśleniem żeby ten schemat przerwać, to nie jest proste, to nie są łatwe decyzje, bo od tego zależy moje być albo nie być.
Cieszę się na Wasz odzew co do tego, że jestem w Fundacji. Nie chcę żebyście myśleli, że nie mam na chleb bo i na bułki jeszcze znajdę. Pieniążki wpłacane przez Was do fundacji mają służyć temu żebym nie musiała zastanawiać się skąd wziąć na te wszystkie wizyty lekarskie, których koszt nierzadko zaczyna się od 400zł, na dojazdy do Opola, Warszawy, na badania, lekarstwa itp. Zapisałam się po to by mój budżet rodzinny nie ucierpiał z powodu mojej choroby, bym nie musiała za jakiś czas odmawiać czegoś dzieciom bo wiecie mama potrzebuje na lekarza. Poza tym zachodzi opcja, że gdzieś w Ośrodku w Polsce zaproponują mi leczenie zupełnie inne od tego co do tej pory i wtedy pieniążki te będą mi po prostu niezbędne bo tam leczenie zaczyna się od kwot 70tys zł ...a tu gdybym sprzedała wszystko co mam... nerki mam zdrowe jeszcze :) to nie wiem czy bym tyle uzbierała?! Stąd wyciągam do Was dłoń poprzez Fundację.
Chcę też uświadomić niektóre osoby, że jeszcze wychodzę z domu. Bo mina niektórych z Was na ulicy gdy się mijamy - bezcenna... tak, zdarzają mi się dni kiedy wychodzę na zewnątrz, czy to do sklepu, czy na spacer - tak ja wciąż żyję :)
Wiele osób też nie wie co powiedzieć gdy się widzimy, czasem nie trzeba nic mówić, wystarczy zwykły gest - jak to mówi moja córka - mama przytulas, i tu słowa są zbędne. Ja wiem, że większość z Was jest ze mną i to mi wystarczy.
Fajnie by było odejść troszkę od tematu choroby i tych wszystkich dupereli jej towarzyszących - Wy żyjecie pełną piersią, ja na pół gwizdka - polećcie jakąś fajną książkę (tylko nie z dziedziny medycyny, bo zwariuję), jakiś dobry film, podzielcie się tym co u Was... ja nie zawsze mam czas by zapytać jak Wasze dzieci, co słychać itp, ale to nie znaczy, że mnie to nie interesuje, lubię wiedzieć co się u Was dzieje.
A i Gratuluję osobie, która nazwała mojego raka - chwastem - idealnie, w samo sedno!! Interpretacja też bardzo mi odpowiada. Dziękuję!! Jesteś Zwycięzcą :)
Buziaki i przyjemnej soboty życzę!
PS. Czy u Was też tak cudownie biało?
PS2. Chciałam tylko dodać, że zdjęcia, które wstawiam na blog, w większości są autorstwa super Fotografki Katarzyny Goniszewskiej - Dziękuję za zatrzymanie w obiektywie mojej zmieniającej się twarzy. Nigdy nie lubiłam być fotografowana, Kasi udało się przełamać moje obawy i nawet mi się spodobało bycie po tej stronie obiektywu!!
piątek, 23 lutego 2018
Pomożesz?
Powiem Wam tak - nigdy nie stałam po tej stronie... zawsze byłam po drugiej -tej, która pomaga. Ale człowiek nie wie, kiedy sam będzie potrzebował pomocy i ja tej pomocy teraz potrzebuje by żyć... Jeżeli macie ochotę mi pomóc to wszystkie niezbędne informacje są poniżej:
https://www.kawalek-nieba.pl/karolina-gorzna/

To nie będzie opis wyjątkowego przypadku, jednakże dla każdego człowieka jego kłopoty, problemy, życiowe zmagania są najważniejsze na Świecie, są dla niego czymś… wyjątkowym.
Karolina lat 38… mama dwójki wspaniałych dzieci: 11-letniego Kuby i 2,5-letniej Alicji, żona najlepszego męża na Świecie, kobieta chora na raka…
Historia choroby rozpoczęła się w dniu 14.12.2016r, kiedy to podczas karmienia 1,5-rocznej córeczki wyczułam w prawej piersi twardy guzek. Natychmiast zgłosiłam się na badanie usg. Z wynikiem udałam się do onkologa, pod którego byłam opieką (moja mama zmarła w 2010r na raka jajnika, w związku z tym należałam do poradni onkologicznej, by regularnie wykonywać wszystkie niezbędne badania). Lekarz powiedział, że to tłuszczak, że mogę karmić dalej i żeby zgłosić się do kontroli za pół roku. Jednak 25 marca 2017r poszłam na usg do innej placówki medycznej i tam podczas badania usłyszałam „ma pani raka”.
Następnym krokiem było zgłoszenie się do szpitala, celem zweryfikowania postawionej diagnozy. I Konsylium lekarskie skierowało mnie na chemioterapię. W międzyczasie na moją prośbę zostało wykonane USG piersi w dniu 28.08.2017, którego wynik zadecydował o przerwaniu chemioterapii. II Konsylium skierowało mnie na operację chirurgiczną.
III Konsylium skierowało na radioterapię w cyklu 5 tygodni codziennie. Od dnia 14.10.2017r wdrożona została hormonoterapia. W dniu 6.02.2018 zdecydowałam się na założenie portu naczyniowego ponieważ ciężko już było pielęgniarkom wkłuć się w żyły celem podania chemii…
Aktualnie każdego dnia od końca grudnia 2017r zmagam się z bólem, który pomimo podjętego leczenia, przyjmowanych leków niestety nie słabnie. Może na kilka chwil daje odetchnąć, by potem zaatakować ze zdwojoną mocą. Są dni, kiedy wydaje się, że będzie dobrze, że mam siłę do walki, ale są też takie kiedy odechciewa się wszystkiego. Kiedy ból tak daje w kość, że człowiek myśli tylko o tym, żeby to się wreszcie skończyło – na szczęście takich dni jest mniej.
Codziennie patrzę na dzieci i wiem, że mam dla kogo żyć, dla kogo walczyć, dla kogo się starać, żeby było dobrze. Szukam nowych metod leczenia, codziennie utwierdzam się w przekonaniu, że musi być dobrze, bo nadzieja nie umiera i ja żyję tą nadzieją, że zdarzy się cud. Wiem, że nikt mnie nie wyleczy z raka, ale wierzę, że chorobę można zatrzymać, że można pokazać jej czerwone światło. Wiem, że jeszcze będę się cieszyć życiem tak jak to było przed chorobą, że będę mogła przejść więcej niż parę kroków, że będę mogła pobawić się z dziećmi i nie sprawi mi to większego wysiłku, że wróci radość życia i energia do działania.
Nadzieja pojawiła się w klinice w Warszawie, gdzie wykonują wlewy dożylne z salinomecyny, hipertermie ciała i immunoterapię, która ma na celu odbudowę wyniszczonego chorobą organizmu. Niestety leczenie nie jest refundowane, zresztą jak większość badań, które muszę wykonywać. Co z tego, że lekarze dają skierowania, kiedy terminy np. na rezonans magnetyczny to czerwiec 2018r, ktoś, kto nie czuje bólu owszem, może poczekać, jednak ktoś, kto każdego dnia walczy z ogromnym cierpieniem nie ma już tyle czasu…
31 1090 2835 0000 0001 2173 1374
Karolinie można też pomóc poprzez wpłatę systemem DOTPAY:
https://www.kawalek-nieba.pl/karolina-gorzna/
CODZIENNIE PATRZĘ NA MOJE DZIECI I WIEM, ŻE MAM DLA KOGO ŻYĆ, DLA KOGO WALCZYĆ Z RAKIEM….

To nie będzie opis wyjątkowego przypadku, jednakże dla każdego człowieka jego kłopoty, problemy, życiowe zmagania są najważniejsze na Świecie, są dla niego czymś… wyjątkowym.
Karolina lat 38… mama dwójki wspaniałych dzieci: 11-letniego Kuby i 2,5-letniej Alicji, żona najlepszego męża na Świecie, kobieta chora na raka…
Historia choroby rozpoczęła się w dniu 14.12.2016r, kiedy to podczas karmienia 1,5-rocznej córeczki wyczułam w prawej piersi twardy guzek. Natychmiast zgłosiłam się na badanie usg. Z wynikiem udałam się do onkologa, pod którego byłam opieką (moja mama zmarła w 2010r na raka jajnika, w związku z tym należałam do poradni onkologicznej, by regularnie wykonywać wszystkie niezbędne badania). Lekarz powiedział, że to tłuszczak, że mogę karmić dalej i żeby zgłosić się do kontroli za pół roku. Jednak 25 marca 2017r poszłam na usg do innej placówki medycznej i tam podczas badania usłyszałam „ma pani raka”.
Następnym krokiem było zgłoszenie się do szpitala, celem zweryfikowania postawionej diagnozy. I Konsylium lekarskie skierowało mnie na chemioterapię. W międzyczasie na moją prośbę zostało wykonane USG piersi w dniu 28.08.2017, którego wynik zadecydował o przerwaniu chemioterapii. II Konsylium skierowało mnie na operację chirurgiczną.
III Konsylium skierowało na radioterapię w cyklu 5 tygodni codziennie. Od dnia 14.10.2017r wdrożona została hormonoterapia. W dniu 6.02.2018 zdecydowałam się na założenie portu naczyniowego ponieważ ciężko już było pielęgniarkom wkłuć się w żyły celem podania chemii…
Aktualnie każdego dnia od końca grudnia 2017r zmagam się z bólem, który pomimo podjętego leczenia, przyjmowanych leków niestety nie słabnie. Może na kilka chwil daje odetchnąć, by potem zaatakować ze zdwojoną mocą. Są dni, kiedy wydaje się, że będzie dobrze, że mam siłę do walki, ale są też takie kiedy odechciewa się wszystkiego. Kiedy ból tak daje w kość, że człowiek myśli tylko o tym, żeby to się wreszcie skończyło – na szczęście takich dni jest mniej.
Codziennie patrzę na dzieci i wiem, że mam dla kogo żyć, dla kogo walczyć, dla kogo się starać, żeby było dobrze. Szukam nowych metod leczenia, codziennie utwierdzam się w przekonaniu, że musi być dobrze, bo nadzieja nie umiera i ja żyję tą nadzieją, że zdarzy się cud. Wiem, że nikt mnie nie wyleczy z raka, ale wierzę, że chorobę można zatrzymać, że można pokazać jej czerwone światło. Wiem, że jeszcze będę się cieszyć życiem tak jak to było przed chorobą, że będę mogła przejść więcej niż parę kroków, że będę mogła pobawić się z dziećmi i nie sprawi mi to większego wysiłku, że wróci radość życia i energia do działania.
Nadzieja pojawiła się w klinice w Warszawie, gdzie wykonują wlewy dożylne z salinomecyny, hipertermie ciała i immunoterapię, która ma na celu odbudowę wyniszczonego chorobą organizmu. Niestety leczenie nie jest refundowane, zresztą jak większość badań, które muszę wykonywać. Co z tego, że lekarze dają skierowania, kiedy terminy np. na rezonans magnetyczny to czerwiec 2018r, ktoś, kto nie czuje bólu owszem, może poczekać, jednak ktoś, kto każdego dnia walczy z ogromnym cierpieniem nie ma już tyle czasu…
Pomóc Karolinie można dokonując wpłaty na konto:
Fundacja Pomocy Dzieciom i Osobom Chorym “Kawałek Nieba”
Bank BZ WBK
31 1090 2835 0000 0001 2173 1374
Tytułem: “1374 pomoc dla Karoliny Górznej”
wpłaty zagraniczne – foreign payments to help Karolina:
Fundacja Pomocy Dzieciom i Osobom Chorym “Kawałek Nieba”
PL31109028350000000121731374
swift code: WBKPPLPP
Bank Zachodni WBK
Title: “1374 Help for Karolina Gorzna”
Aby przekazać 1% podatku dla Karoliny:
należy w formularzu PIT wpisać KRS 0000382243
oraz w rubryce ’Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%’ wpisać “1374 pomoc dla Karoliny Górznej”
Karolinie można też pomóc poprzez wpłatę systemem DOTPAY:
środa, 21 lutego 2018
Środa ...
Hej,
Jestem po kolejnej dawce chemioterapii. Wczoraj było super, miałam mega powera, nadrobiłam zaległości z przed kilku dni. Jednak dziś już nastąpił spadek mocy. Znowu mogłabym tylko spać i spać. W poniedziałek zrobiłam sobie karteczkę z planami na dany dzień, jednak podczas tego dnia stwierdziłam, że to karteczka chyba na cały ten tydzień a nie na 1 dzień. Kiedyś sprawy z kartki załatwiłabym w pół dnia, teraz jak tak dalej pójdzie potrzebny mi będzie miesiąc.
W poniedziałek odebrałam też wynik rezonansu magnetycznego i tak jak wynik scyntygrafii kości był dla mnie optymistyczny ... był po prostu za mało dokładny... tak ten już taki nie był. Okazuje się, że syfiarz dostał się też do kości, ale wiecie co, chyba spodziewałam się takiego obrotu sprawy ponieważ ból, który odczuwam musiał mi to uświadamiać już od jakiegoś czasu. Jakoś specjalnie nie zrobiło to na mnie wrażenia. Jest to jest. Co nas nie zabije to nas wzmocni :) To musimy syfiarza przepędzić. Będę miała radioterapię, jeszcze nie wiem kiedy bo u nas to trwa i wszystko musi nabrać mocy urzędowej, więc czekam na telefon ze szpitala. Tydzień zaczął się tak jak zaczął, tłumaczę sobie ciesz się z tego co jest, bo nie wiesz co może być jutro.
Kochani, myślałam, że jesteście bardziej kreatywni, że zaskoczycie mnie swoją pomysłowością na nazwę dla mojego raka a tu aż 1 osoba przysłała swoją propozycję, ale ta niestety nie przejdzie, ponieważ "pieszczoch" to przykro mi bardzo ale mi przez usta nie przejdzie, bo nie taką formę pieszczot preferuję... za ostry jest jak dla mnie na takie określenie.
Buziaki i trzymajcie się cieplutko!!
PS. co do Warszawy to niestety nie mogę jeszcze nic napisać ponieważ wizytę mam zaplanowaną na ...23 kwietnia więc i ja i wy musicie cierpliwie poczekać.
Jestem po kolejnej dawce chemioterapii. Wczoraj było super, miałam mega powera, nadrobiłam zaległości z przed kilku dni. Jednak dziś już nastąpił spadek mocy. Znowu mogłabym tylko spać i spać. W poniedziałek zrobiłam sobie karteczkę z planami na dany dzień, jednak podczas tego dnia stwierdziłam, że to karteczka chyba na cały ten tydzień a nie na 1 dzień. Kiedyś sprawy z kartki załatwiłabym w pół dnia, teraz jak tak dalej pójdzie potrzebny mi będzie miesiąc.
W poniedziałek odebrałam też wynik rezonansu magnetycznego i tak jak wynik scyntygrafii kości był dla mnie optymistyczny ... był po prostu za mało dokładny... tak ten już taki nie był. Okazuje się, że syfiarz dostał się też do kości, ale wiecie co, chyba spodziewałam się takiego obrotu sprawy ponieważ ból, który odczuwam musiał mi to uświadamiać już od jakiegoś czasu. Jakoś specjalnie nie zrobiło to na mnie wrażenia. Jest to jest. Co nas nie zabije to nas wzmocni :) To musimy syfiarza przepędzić. Będę miała radioterapię, jeszcze nie wiem kiedy bo u nas to trwa i wszystko musi nabrać mocy urzędowej, więc czekam na telefon ze szpitala. Tydzień zaczął się tak jak zaczął, tłumaczę sobie ciesz się z tego co jest, bo nie wiesz co może być jutro.
Kochani, myślałam, że jesteście bardziej kreatywni, że zaskoczycie mnie swoją pomysłowością na nazwę dla mojego raka a tu aż 1 osoba przysłała swoją propozycję, ale ta niestety nie przejdzie, ponieważ "pieszczoch" to przykro mi bardzo ale mi przez usta nie przejdzie, bo nie taką formę pieszczot preferuję... za ostry jest jak dla mnie na takie określenie.
Buziaki i trzymajcie się cieplutko!!
PS. co do Warszawy to niestety nie mogę jeszcze nic napisać ponieważ wizytę mam zaplanowaną na ...23 kwietnia więc i ja i wy musicie cierpliwie poczekać.
niedziela, 18 lutego 2018
Krótkie podsumowanie
Każdego dnia uczę się tej choroby na nowo. Niby się człowiekowi wydaje, że jak choruje już tyle czasu to coś tam wie o raku i o sobie, a tu wszystko zaskakuje. Jednego dnia 3x umieram, drugiego chcę 100x żyć, trzeciego wydaje mi się, że nie zrobię już ani kroku więcej, czwartego widzę przed sobą perspektywę wózka inwalidzkiego, piątego idę na spacer -krótki bo krótki, ktoś by pomyślał, że dłużej się ubieram niż spaceruje ale dla mnie to mega wyczyn i jestem z siebie dumna, jeżeli uda mi się przejść o te kilka kroków więcej niż poprzedniego dnia. Szóstego dnia nie chcę mi się nic, siódmego chcę góry przenosić... i tak w kółko. Tak naprawdę nic nie wiem o tym, co będzie jutro, za chwilę, rak jest jak przyczajony tygrys w zaroślach... albo atakuje z podwójną mocą, albo podgryza świadomie, delikatnie, miarowym rytmem, albo się przyczaja... żeby wyskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Ale co zrobić, taki widać urok tego dziadostwa. Tydzień jakoś minął, bywało lepiej, gorzej, słabiej, silniej. Od jutra nowy początek... pobranie krwi, wtorek - chemia i czekanie, jak tym razem ją zniosę?!?! powali, czy odpuści... Jutro też mam mieć prawdopodobnie wynik rezonansu nogi bo ta się rozszalała na dobre... na tańce to ja już długo nie wyskoczę przez tą nieposłuszną kończynę. No dobra, ale nie tańce mi w głowie na chwilę obecną, chociaż... muszę się przyznać, że czasami rozmyślam :)
Dziś miałam jechać do Berlina... jutro miała być wizyta u doktora, który widział światełko w tunelu... jednak na chwilę obecną niestety nie czuję się na siłach by odbyć tak daleką podróż. No i poczytałam trochę o metodach doktora, skonsultowałam z innymi lekarzami i stwierdziłam, że puki co odpuszczam. Znalazłam jednak coś innego po drodze, coś, co pogłębiło moją nadzieję. Jutro będę wydzwaniać do Warszawy celem zapisania się na wizytę i jak będę znała więcej szczegółów i jak potwierdzą, że mogą mi pomóc to dam Wam znać.
Żałuję, że od samego początku nie zaczęłam szukać innych metod leczenia poza tym, co oferuje szpital Redłowo... no, ale teraz to już za późno na takie rozmyślania. Muszę ogarniać temat puki jeszcze los mi daje szansę i czas na to.
Buziaki Kochani!!
Gdybyście się nudzili to ogłaszam konkurs na nazwę dla mojego raka - robaka :) Muszę zacząć mówić mu po imieniu... skoro jesteśmy już tak blisko i tyle czasu razem to czas przełamać lody :)
Śpijcie dobrze!!
Dziś miałam jechać do Berlina... jutro miała być wizyta u doktora, który widział światełko w tunelu... jednak na chwilę obecną niestety nie czuję się na siłach by odbyć tak daleką podróż. No i poczytałam trochę o metodach doktora, skonsultowałam z innymi lekarzami i stwierdziłam, że puki co odpuszczam. Znalazłam jednak coś innego po drodze, coś, co pogłębiło moją nadzieję. Jutro będę wydzwaniać do Warszawy celem zapisania się na wizytę i jak będę znała więcej szczegółów i jak potwierdzą, że mogą mi pomóc to dam Wam znać.
Żałuję, że od samego początku nie zaczęłam szukać innych metod leczenia poza tym, co oferuje szpital Redłowo... no, ale teraz to już za późno na takie rozmyślania. Muszę ogarniać temat puki jeszcze los mi daje szansę i czas na to.
Buziaki Kochani!!
Gdybyście się nudzili to ogłaszam konkurs na nazwę dla mojego raka - robaka :) Muszę zacząć mówić mu po imieniu... skoro jesteśmy już tak blisko i tyle czasu razem to czas przełamać lody :)
Śpijcie dobrze!!
środa, 14 lutego 2018
Jestem
Długo mnie nie było...niedziela upłynęła mi nad analizowaniem słów księdza. W niedzielę był światowy dzień chorego czyli jakoby moje święto... i ksiądz powiedział, że uwaga: "Bóg Cię doświadcza bo Bóg Cię kocha..." Wiecie co wolałabym jednak chyba żeby mnie nie kochał, podziękuję za to doświadczenie. Kilka dni temu myślałam, że moja choroba już osiągnęła swój punkt kulminacyjny jednak ostatnie dni uświadamiają mi w jakim byłam błędzie... każdego dnia jest coraz gorzej. Od wczoraj nie wstaję z łóżka, nie wiem czy to efekt chemii czy ogólnego pogorszenia się mojego stanu. Rak sparaliżował mi moc, odebrał chęci by otworzyć oczy. Nasilający się ból powoduje całkowitą niemoc. I tak leżę całe dnie i patrzę w okno, w sufit, zaglądam w swoje myśli, a i tych ostatnio też nie ma dużo. Jeszcze parę dni temu pochłaniałam książki jedna po drugiej... dziś leżą zaczęte obok mnie i nawet nie patrzę w ich stronę. Jeszcze kilka dni temu miałam plany, zapisywałam co mogę, co muszę, co chcę... teraz na chwilę obecną chcę spokoju, ciszy. Ale z drugiej strony chcę też krzyczeć, chcę wiedzieć ile jeszcze mi zostało i co mogę z tym czasem zrobić, bo jak mam tak bezczynnie go marnować to niech to się skończy tu i teraz.
Od wczoraj kiepsko u mnie z jedzeniem ... drażnią mnie zapachy, zmuszam się żeby cokolwiek zjeść, bo nic mi specjalnie nie smakuje. Mam nadzieję, że to wszystko to skutki uboczne chemii, chociaż do tej pory tak ciężko tego nie przechodziłam.
Tak bym chciała obudzić się jednego poranka i zaśpiewać: Mam tę moc... żeby mi się chciało żyć choćby w połowie tak, jak to było przed chorobą...Ale jak to mówią - nadzieja nie umiera, więc wierzę, że nadejdzie taki cudowny poranek.
Dziękuję moim Aniołom, które są uparte i mimo moich kaprysów, humorów, zmiennych nastrojów cały czas krążą wokół mnie niosąc pomoc. Dziękuję Wam, bez Was nie dałabym rady.
Życzę Wam Kochani cudnego Dnia Świętego Walentego. Kochajcie się, szanujcie, rozmawiajcie ze sobą nie tylko dziś. Miejcie dla siebie czas i serca otwarte na miłość!!
Od wczoraj kiepsko u mnie z jedzeniem ... drażnią mnie zapachy, zmuszam się żeby cokolwiek zjeść, bo nic mi specjalnie nie smakuje. Mam nadzieję, że to wszystko to skutki uboczne chemii, chociaż do tej pory tak ciężko tego nie przechodziłam.
Tak bym chciała obudzić się jednego poranka i zaśpiewać: Mam tę moc... żeby mi się chciało żyć choćby w połowie tak, jak to było przed chorobą...Ale jak to mówią - nadzieja nie umiera, więc wierzę, że nadejdzie taki cudowny poranek.
Dziękuję moim Aniołom, które są uparte i mimo moich kaprysów, humorów, zmiennych nastrojów cały czas krążą wokół mnie niosąc pomoc. Dziękuję Wam, bez Was nie dałabym rady.
Życzę Wam Kochani cudnego Dnia Świętego Walentego. Kochajcie się, szanujcie, rozmawiajcie ze sobą nie tylko dziś. Miejcie dla siebie czas i serca otwarte na miłość!!
piątek, 9 lutego 2018
wszystko kręci się wokół jednego
Dziś zaczęło mnie już wszystko wkurzać. Od ponad roku wszystko kręci się wokół jednego - wokół mojej choroby. O niczym innym nie myślę, na niczym innym nie potrafię się skupić, nic tylko rak, rak, srak. Nudne to już powoli się robi. Zamiast cieszyć się codziennością, planować jutro, ja muszę się koncentrować na tym by dać radę przetrwać kolejny dzień. Obiecałam sobie, że to się musi zmienić, bo zwariuję myśląc tylko o tej zasranej chorobie. Przed tym wszystkim a nawet jeszcze prawie przez cały zeszły rok miałam power, chciało mi się robić tyle rzeczy. Ten rok jest dla mnie niesprawiedliwy, podły, ból zabiera mi radość z każdego dnia, odbiera siły do działania. Doszło do mnie, że czasami by naprawdę zacząć żyć trzeba stanąć twarzą w twarz ze śmiercią.
Dlatego koniec biadolenia, ból towarzyszy mi każdego dnia więc co ja się użalam nad sobą, muszę zacisnąć zęby i iść do przodu, pokazać gdzie mam ten ból i tego raka-sraka.
Dzięki, że pomimo całej zagmatwanej codzienności, gonitwy Bóg wie za czym i dokąd, dzięki, że jesteście ze mną.
Spokojnego wieczoru. Zmykam. Buziaki :)
Dlatego koniec biadolenia, ból towarzyszy mi każdego dnia więc co ja się użalam nad sobą, muszę zacisnąć zęby i iść do przodu, pokazać gdzie mam ten ból i tego raka-sraka.
Dzięki, że pomimo całej zagmatwanej codzienności, gonitwy Bóg wie za czym i dokąd, dzięki, że jesteście ze mną.
Spokojnego wieczoru. Zmykam. Buziaki :)
czwartek, 8 lutego 2018
nie chce mi się ...
Dziś był dzień pt. nie chce mi się... dosłownie nic mi się nie chciało, zero mocy, zero energii jakiejkolwiek. Moja pani doktor zapisała mi tabletki na sen, bo jak wiecie od grudnia co noc zapoznaje się gruntownie ze znaczeniem słowa bezsenność. Miałam brać 1 tabletkę na noc... tak, chyba co godzinę,tabletki albo są zbyt słabe albo ja zbyt mocna dla nich. Jak nie spałam tak nie śpię. W związku z tym, dziś zwlekłam się z łóżka o 11, gdzie przed chorobą normalna moja godzina to 6 i byłam w 100% aktywna, miałam moc. Dziś musiałam się porządnie opieprzyć, kopnąć w tyłek żeby mi się chciało zwlec. Najchętniej to bym sobie leżała zwinięta w kłębek i patrzała w sufit, nie myśląc i nie robiąc nic. Generalnie dziś uruchomiła mi się też strefa myślenia pt. jaki jest tego wszystkiego sens? Robię tyle rzeczy, a nie widać choćby 1% poprawy, nie widać choćby minimalnego przebłysku, to po co to wszystko robić, skoro każdego dnia mam wrażenie, że jest gorzej niż było...?!
Dopiero rozmowa z moim człowiekiem - aniołem troszeczkę przywróciła mnie do pionu. Ja doskonale wiem, że taka postawa to krok ku przepaści, ale chwile zwątpienia są czasem silniejsze ode mnie, nie radzę sobie z nimi. Gdyby chociaż skala bólu się obniżała, mogłabym zacisnąć zęby i iść pod wiatr, ale ta skala z każdym dniem mnie zaskakuje -niestety negatywnie.
Mój człowiek - anioł uświadomił mi, że tyle osób się za mnie modli, że tyle osób o mnie myśli, jest ze mną w krzyku, w rozpaczy, wtedy, kiedy wyję z bezsilności do poduszki, że nie mogę tych osób zawieźć, że muszę walczyć mimo wszystko, że ich modlitwa ma moc, w którą muszę wierzyć. Zrobiło mi się lepiej, lżej, dało mi to motywację by już na poważnie podnieść się z łóżka i zrealizować choćby 50% planu na dziś.
Wzięłam się w garść, otrząsnęłam ze strachu przed bólem i powtarzam sobie moje własne słowa, że jurto przecież będzie lepiej.
Chciałam podziękować pewniej osobie za zaufanie, którym mnie obdarzyła opowiadając mi swoją historię... Ciebie również życie nie oszczędza, doświadcza okrutnie, ale pamiętaj, że z każdego upadku człowiek się podniesie, bo jesteśmy w stanie wiele znieść, po naszych upadkach nastaną piękne dni, takie, jak sobie wymarzyłyśmy.
Pozdrawiam cieplutko :)
Dopiero rozmowa z moim człowiekiem - aniołem troszeczkę przywróciła mnie do pionu. Ja doskonale wiem, że taka postawa to krok ku przepaści, ale chwile zwątpienia są czasem silniejsze ode mnie, nie radzę sobie z nimi. Gdyby chociaż skala bólu się obniżała, mogłabym zacisnąć zęby i iść pod wiatr, ale ta skala z każdym dniem mnie zaskakuje -niestety negatywnie.
Mój człowiek - anioł uświadomił mi, że tyle osób się za mnie modli, że tyle osób o mnie myśli, jest ze mną w krzyku, w rozpaczy, wtedy, kiedy wyję z bezsilności do poduszki, że nie mogę tych osób zawieźć, że muszę walczyć mimo wszystko, że ich modlitwa ma moc, w którą muszę wierzyć. Zrobiło mi się lepiej, lżej, dało mi to motywację by już na poważnie podnieść się z łóżka i zrealizować choćby 50% planu na dziś.
Wzięłam się w garść, otrząsnęłam ze strachu przed bólem i powtarzam sobie moje własne słowa, że jurto przecież będzie lepiej.
Chciałam podziękować pewniej osobie za zaufanie, którym mnie obdarzyła opowiadając mi swoją historię... Ciebie również życie nie oszczędza, doświadcza okrutnie, ale pamiętaj, że z każdego upadku człowiek się podniesie, bo jesteśmy w stanie wiele znieść, po naszych upadkach nastaną piękne dni, takie, jak sobie wymarzyłyśmy.
Pozdrawiam cieplutko :)
środa, 7 lutego 2018
sprawozdanie
Dzień dobry Wszystkim!
Powoli wracam do żywych, jeśli tak to można nazwać. Powiem tak, gdybym wiedziała jakie atrakcje dla mnie przygotowali na wczoraj...noga moja by w szpitalu nie stanęła. Sama nie wiem czego się spodziewałam, ale z całą pewnością nie tego, co zastałam. To był koszmar. To już operacja amputacji piersi była mniej traumatycznym przeżyciem niż to wczoraj.
Do szpitala kazali stawić się koło 8 no to się stawiłam i co zastałam.... kolejkę, pięknie uformowaną kolejkę z ludzkich ciał, co najmniej jak za czasów komuny po papier toaletowy. Wszyscy z nóżki na nóżkę dreptali, przeklinali pod nosem. Jak będziecie mieli kiedyś wolny dzień proponuję pojechać do Redłowa do budynku nr 5 i poobserwujcie jak to tam wygląda. Mnie taki stan rzeczy zbytnio nie zaskoczył, bo nie był to mój pierwszy raz, ale za każdym razem jestem w pełnym szoku, że można tak opornie pracować. Gapią się te rejestratorki w monitory, co chwile im coś nie działa, a to drukarka, a to program się zawiesza... przyjęcie jednej osoby na oddział w ich wykonaniu trwa do 35minut a biurokracji przy tym tyle jakby książkę mieli potem o pacjencie napisać. Dodam tylko, że przechodząc na drugą stronę czyli przekraczając linię rejestracji, wkraczając na dział gabinety - papierologia jest powtarzalna... znowu jakieś 25 minut biurokracji.
No dobrze, kiedy już udało mi się wkroczyć dumnie na drugą stronę, musiałam poczekać aż pobiorą mi krew, a że żyły mam jakie mam, pani po 4 próbie spojrzała mi głęboko w oczy i mówi: "Karolinko musisz współpracować..." hmmmm, ale jak?!?!?!?!!!
Jeśli znacie jakąś skuteczną metodę na współpracę żył z człowiekiem to chętnie posłucham.
No to zaczęłam w myślach przemawiać do tych swoich stwardniałych, nieposłusznych żył... mówię, weźcie się do roboty bo mi się kobieta za poci i podda jeszcze i co wtedy zrobimy?!?! Pogadałam tak chwilę z nimi i nie wiem czy to była jakaś metoda, czy podziałała siła perswazji... ale co najważniejsze powolutku zaczęło kapać coś średnio zbliżone do koloru krwi. Nakapało tak sobie 3 probówki i byłam wolna na 3 godziny... myślę sobie idę coś zjeść i herbatkę bym wypiła. I już, już czułam smak herbatki na języku... aż tu Pani jakby czytała w moich myślach i mówi, tylko żeby Pani nie przyszło do głowy coś jeść czy pić, musi być Pani na czczo!!! jakże ja się wtedy poczułam... no to myślę sobie dobrze, że wzięłam książki ze sobą, bo co tu robić 3 godziny? żeby nie zwariować. Najpierw poszłam na spacer, potajemnie wsunęłam kilka mentosów, bo to przecież nie jedzenie czy picie, a o mentosach owa pani nic nie wspominała. No, ale ile można spacerować po terenie szpitala. Wróciłam na moje miejsce oczekiwania, usiadłam grzecznie na jedynym wolnym krzesełku, które się ostało i zagłębiłam się w lekturze. Czas minął na tyle szybko, że jak wywołali moje nazwisko to aż się zdziwiłam, że to już.
No i rozpoczęłam drugi etap rejestracji na oddział. Biurokracji ciąg dalszy. Po czym dostałam polecenie przebrania się w piżamkę w łazience. I tak jak weszłam do łazienki celem przebrania, okazało się, że zamek nie działa i nagle chyba połowa szpitala odczuwa akurat silną potrzebę skorzystania z łazienki a druga połowa pacjentów chyba otrzymała też polecenie przebrania się akurat w tej łazience. Także podczas 7 minutowej próby przebrania się miałam około 150 niezapowiedzianych wizyt, ale po 3 otwarciu drzwi było mi już wszystko jedno kto chce wejść i po co. Już nie odpowiadałam, że zajęte, nie chowałam się za zlew, tylko mówiłam zapraszam, jest tu dużo miejsca. Następnym krokiem było ponowne oczekiwanie, tym razem już w okolicy wind, które świadczyły, że za niedługo wjadę na oddział. Po 40 minutach wpatrywania się w migające guziki wind, obserwacji kto przyjechał z kim i po co... litościwa pani mówi "no to jedziemy". Zawsze to jakaś odmiana, kiedy przez pół dnia słyszy się - musi pani jeszcze poczekać.
Wjechałam na oddział z zamiarem przespania się. Jakież było moje zdziwienie, kiedy Pani mówi o tu proszę piżamka dla pani, taka specjalna, proszę się przebrać bo zaraz będziemy jechać. No to pospałam, ale w końcu to nie spa tylko szpital. No to się przebrałam. Chyba całe piętro słyszało moją reakcję, kiedy zobaczyłam co mam na sobie i jak w tym wyglądam. Otrzymałam bowiem strój w pięknym kolorze blue w rozmiarze no cóż XL. Ważę 52kg, nie wiem od jakiej wagi jest rozmiar XL, ale myślę, że w strój ten zmieściła bym się swobodnie z mężem, synem, córką i jeszcze mogłabym spokojnie zaprosić kogoś w rozmiarze L i byłoby nam całkiem wygodnie. No, ale cóż, dają to bierz i nie marudź, mogłoby być znacznie gorzej.
Po przebraniu dokonałam oględzin pokoju... pościel moją chyba napadły myszy albo co najmniej mole bo miała dziurę na dziurze, no ale czego oczekiwać za darmoszkę. Myślę sobie włączę telewizor... po czym inna pani, która też miała chyba dar czytania w myślach woła, tylko proszę nie włączać telewizora bo niestety nie działa, łóżkiem też proszę nie manipulować bo brak pilota.... Sobie myślę, czy jest coś co w tym szpitalu działa??? Także przyfarciła mi sala działająca na 50%.
Minęło kilka chwil przyjechała pani z wózkiem inwalidzkim... troszkę się zbuntowałam, bo przecież umiem i mogę chodzić. Ale pani nie dała się przekonać - procedury i bez dyskusji. No to chycnęłam na wózek i powiem wam, że to wcale nie taka prosta sztuka pchać kogoś na wózku, słyszałam jak pani sapie i czułam jak manewruje tym wózkiem na prawo i lewo, żeby nie walnąć w kogoś lub coś po drodze. Już nie chciała jej wypominać, że łatwiej by było gdybym poszła sama, bo i tak bym nic nie zmieniła, bo wiecie procedury ważniejsze od człowieka.
Zawiozła mnie na salę operacyjną i tam to dopiero się zaczęło cyrk i przedstawienie w jednm.
Moja operacja amputacji piersi nie miała takich przygotowań jak to wczoraj. Ja byłam przekonana że mnie uśpią, zrobią swoje, zawiozą na salę, obudzą, dadzą chwilę na ogarnięcie i do domu. Oj jakież było moje zdziwienie, kiedy pani mówi, zabieg będzie wykonany przy znieczuleniu miejscowym i będziemy potrzebowali pani pełnej współpracy. Już na sam wydźwięk tych słów byłam mokra i chciałam zwiać, ale drzwi sali były zamknięte a pani z wózkiem ulotniła się jak kamfora. Na dokładkę strój który mi dali uniemożliwiał mi ucieczkę ponieważ plątał się między nogami, za stopami, zjeżdżał z tyłka, a dekolt od bluzki sięgał do pępka. Panie z sali operacyjnej gdy mi się lepiej przyjrzały, pośmiały się ze mnie, wypowiedziały co miały do wypowiedzenia, przyniosły mi inny strój w kolorze zielonym ponieważ taki kolor dominował u nich na sali, one też miały garderobę zieloną i co najważniejsze do procedur i rozliczeń szpitalnych kolor musi się zgadzać. No to dostałam nową piżamkę w kolorze zielonym i w rozmiarze L, za dużo to nie zmieniło ale zawsze coś.
Położyli mnie na stole operacyjnym i się zaczęło. Przypięli mi nogi pasami, więc etap ucieczki miałam już daleko za sobą. Całą łącznie z głową przykryli mi zieloną tkaniną, którą po 3 minutach zaczęłam wyzywać od upierdliwych śmierdzących szmat. I pani przystąpiła do akcji. Znieczulenie odczułam chyba jakby mi na żywca amputowali ucho czy coś... ból niesamowity. Pomyślcie jakie to uczucie, kiedy ktoś wam się wbija igłą w szyję kilkukrotnie. Następnie pani zaczęła działać dalej szarpać, kroić, ciągnąć, wgniatać całym ciężarem swojego ciała w moją szyję. Szmata coraz bardziej dawała mi się we znaki. Próbowałam podnosić ją językiem, ale pani zrobiła sobie na mojej głowie mce do przetrzymywania narzędzi chirurgicznych bo powiedziała: przepraszam, ale tylko tu jest sterylnie... akurat tu, gdzie mam nos... Najgorsze były te wszystkie informacje, które słyszałam, bo pani szczegółowo mówiła co robi, co będzie robić, co chciała robić a co jej nie wyszło... w pewnym momencie zabrakło mi tlenu, zaczęłam się dusić, a przy tym zabiegu średnio można się ruszać... po prostu nie mogłam oddychać, chciałam usiąść, ale jak już wspomniałam nogi miałam spięte pasami... koszmar mówię wam. Nagle słyszę odma robi się odma... zawołajcie doktor jakąś tam.... po czym słyszę, że to co do tej pory pikało pik pik podłączone do moje palca... już nie pika pik pik. tylko przeraźliwie się drze piiiiiiiiiiiiiiiiikkkkkkkkkk. Czuję jak moje serce zaczyna walić jak oszalałe, jak szmata przygniata mnie coraz bardziej, jak tracę oddech i już sobie wyobrażam, jak zaraz będą do mnie biegli jak na filmach z takim defibrylatorem czy jak to się tam nazywa i będą mnie przywracać do życia prądem... Ale skończyło się na słowach: podłączamy kroplówkę, antybiotyk, podajemy coś tam, przerywamy akcję pacjentka ma anomalię żylną, proszę jej zwilżyć usta... czy już lepiej?? Tak lepiej by było gdyby mnie tu nie było. Po czym znowu padły magiczne słowa: "Pani Karolinko musi pani z nami współpracować" no myślałam, że się opluje. Jak ja mogę współpracować no jak... kiedy mam wrażenie, że jestem jedną nogą w grobie.
Uświadomiono mi, że 30% pracy mają za sobą. Łzy mi się zakręciły w oczach bo miałam wrażenie, że leżę tak już nie wiadomo ile i że za chwilę chyba powinien być koniec.
Następnie ekipa z zielonej sali doszła do wniosku, że anomalii żył jednak nie ma i trzeba zrobić akcję od nowa. Wykonali mi chyba z 55 rentgenów ... proszę oddychać, proszę nabrać powietrza, zatrzymać, powoli wypuszczać i tak bez końca.
Następnym etapem był smród palonej skóry, słyszałam takie niezbyt sympatyczne syczenie po czym rozlegał się niesamowity smród - jak ktoś ma rodzinę na wsi i miał okazję uczestniczyć w opalaniu martwego koguta tudzież kury, kaczki to jest w stanie sobie owy smrodek odtworzyć. Ale nie polecam :)
Akcja z brakiem tlenu pojawiała się kilkukrotnie, ponieważ szmata przygniatała mnie coraz bardziej. Wgniatanie szyi uznałam już za normę, pomyślałam, że po zabiegu spojrzę tej pani głęboko w oczy i zapytam - dlaczego?!
Bolało niemiłosiernie tyle wam powiem. I normalnie jak zabieg taki trwa około 45 minut to u mnie oczywiście trwał godzinę i 25 minut bo ja już jestem taka wyjątkowa, nie współpracująca istotka.
Po zabiegu przewieźli mnie na salę pooperacyjną, gdzie mimo pracujących monitorów, pisków, latania pielęgniarek, udało mi się chwilkę pospać. Następnie wróciła moja pani z wózkiem inwalidzkim i rozpoczęła się wycieczka powrotna na salę z dziurawą pościelą i niedziałającymi sprzętami.
Tam na sali ponownie dopadła mnie myśl o spaniu ale cóż... przecież to szpital a nie noclegownia... Najpierw odwiedził mnie ksiądz z propozycją nie do odrzucenia... ale jak tylko usłyszał o braku ślubu kościelnego to uciekł niemal tak szybko jak ja planowałam zwiać podczas zabiegu. A ja naprawdę miałam szczere chęci się wyspowiadać, porozmawiać... no ale cóż, widać jeszcze nie teraz.
Następnie co chwile przychodziły pielęgniarki z milionem pytań, następnie pani z zapytaniem - kolację będzie pani jadła... patrzę na zegarek i mówię: Wie pani co ... ja jeszcze dziś śniadania nie jadłam a pani mnie pyta o 15.30 czy ja kolację będę jadła... podziękuję!
Następnie obudził mnie śmiech męża mojego, który to ocenił wzrokowo moją sytuację ubraniową - czyli owy sexowny zielony strój i zasugerował żeby go może zabrać do domu ... nie wnikam jakie miał w stosunku do niego plany, bo chyba wolę nie wiedzieć. Także po przebraniu się w swoje normalne ciuchy, szpitalny strój zakończył żywot w szpitalnym śmietniku.
O godzinie 18 po otrzymaniu wypisów, wypuścili nas na wolność.
I tak oto wyglądała moja wczorajsza przygoda i tak jak już wspominałam, żebym wiedziała, że to taka historia z tego będzie to nawet by mi przez myśl nie przeszło pchać się tam na własne życzenie. Dziś siedzę jak taka sierota z gigantyczny opatrunkiem na szyi, ruszam głową jak robot, położenie się czy wstanie z łóżka analizuję na 5 podejść. Ale mam nadzieję, że każdego dnia będzie lepiej i że ten port w ostateczności zadziała... bo jak nie to cała przygoda o kant tyłka. Uświadomili mi w szpitalu, że gdy będę przechodzić przez bramki na lotnisku to będę pikać... hihi :) dostałam paszport swojego czipa, także jestem oznakowana do końca życia. Za tydzień mam kontrolę czy port jest sprawny, czy wszystko ok itp itd.
Dziękuję Wam za smsy wczoraj, za telefony, za podpowiedzi do kogo powinnam skierować swoje modlity, za zdjęcia.
Dziękuję za Wszystko bo bez Was to by było o wiele trudniej znosić tą codzienność.
Buziaki!!!!!
Powoli wracam do żywych, jeśli tak to można nazwać. Powiem tak, gdybym wiedziała jakie atrakcje dla mnie przygotowali na wczoraj...noga moja by w szpitalu nie stanęła. Sama nie wiem czego się spodziewałam, ale z całą pewnością nie tego, co zastałam. To był koszmar. To już operacja amputacji piersi była mniej traumatycznym przeżyciem niż to wczoraj.
Do szpitala kazali stawić się koło 8 no to się stawiłam i co zastałam.... kolejkę, pięknie uformowaną kolejkę z ludzkich ciał, co najmniej jak za czasów komuny po papier toaletowy. Wszyscy z nóżki na nóżkę dreptali, przeklinali pod nosem. Jak będziecie mieli kiedyś wolny dzień proponuję pojechać do Redłowa do budynku nr 5 i poobserwujcie jak to tam wygląda. Mnie taki stan rzeczy zbytnio nie zaskoczył, bo nie był to mój pierwszy raz, ale za każdym razem jestem w pełnym szoku, że można tak opornie pracować. Gapią się te rejestratorki w monitory, co chwile im coś nie działa, a to drukarka, a to program się zawiesza... przyjęcie jednej osoby na oddział w ich wykonaniu trwa do 35minut a biurokracji przy tym tyle jakby książkę mieli potem o pacjencie napisać. Dodam tylko, że przechodząc na drugą stronę czyli przekraczając linię rejestracji, wkraczając na dział gabinety - papierologia jest powtarzalna... znowu jakieś 25 minut biurokracji.
No dobrze, kiedy już udało mi się wkroczyć dumnie na drugą stronę, musiałam poczekać aż pobiorą mi krew, a że żyły mam jakie mam, pani po 4 próbie spojrzała mi głęboko w oczy i mówi: "Karolinko musisz współpracować..." hmmmm, ale jak?!?!?!?!!!
Jeśli znacie jakąś skuteczną metodę na współpracę żył z człowiekiem to chętnie posłucham.
No to zaczęłam w myślach przemawiać do tych swoich stwardniałych, nieposłusznych żył... mówię, weźcie się do roboty bo mi się kobieta za poci i podda jeszcze i co wtedy zrobimy?!?! Pogadałam tak chwilę z nimi i nie wiem czy to była jakaś metoda, czy podziałała siła perswazji... ale co najważniejsze powolutku zaczęło kapać coś średnio zbliżone do koloru krwi. Nakapało tak sobie 3 probówki i byłam wolna na 3 godziny... myślę sobie idę coś zjeść i herbatkę bym wypiła. I już, już czułam smak herbatki na języku... aż tu Pani jakby czytała w moich myślach i mówi, tylko żeby Pani nie przyszło do głowy coś jeść czy pić, musi być Pani na czczo!!! jakże ja się wtedy poczułam... no to myślę sobie dobrze, że wzięłam książki ze sobą, bo co tu robić 3 godziny? żeby nie zwariować. Najpierw poszłam na spacer, potajemnie wsunęłam kilka mentosów, bo to przecież nie jedzenie czy picie, a o mentosach owa pani nic nie wspominała. No, ale ile można spacerować po terenie szpitala. Wróciłam na moje miejsce oczekiwania, usiadłam grzecznie na jedynym wolnym krzesełku, które się ostało i zagłębiłam się w lekturze. Czas minął na tyle szybko, że jak wywołali moje nazwisko to aż się zdziwiłam, że to już.
No i rozpoczęłam drugi etap rejestracji na oddział. Biurokracji ciąg dalszy. Po czym dostałam polecenie przebrania się w piżamkę w łazience. I tak jak weszłam do łazienki celem przebrania, okazało się, że zamek nie działa i nagle chyba połowa szpitala odczuwa akurat silną potrzebę skorzystania z łazienki a druga połowa pacjentów chyba otrzymała też polecenie przebrania się akurat w tej łazience. Także podczas 7 minutowej próby przebrania się miałam około 150 niezapowiedzianych wizyt, ale po 3 otwarciu drzwi było mi już wszystko jedno kto chce wejść i po co. Już nie odpowiadałam, że zajęte, nie chowałam się za zlew, tylko mówiłam zapraszam, jest tu dużo miejsca. Następnym krokiem było ponowne oczekiwanie, tym razem już w okolicy wind, które świadczyły, że za niedługo wjadę na oddział. Po 40 minutach wpatrywania się w migające guziki wind, obserwacji kto przyjechał z kim i po co... litościwa pani mówi "no to jedziemy". Zawsze to jakaś odmiana, kiedy przez pół dnia słyszy się - musi pani jeszcze poczekać.
Wjechałam na oddział z zamiarem przespania się. Jakież było moje zdziwienie, kiedy Pani mówi o tu proszę piżamka dla pani, taka specjalna, proszę się przebrać bo zaraz będziemy jechać. No to pospałam, ale w końcu to nie spa tylko szpital. No to się przebrałam. Chyba całe piętro słyszało moją reakcję, kiedy zobaczyłam co mam na sobie i jak w tym wyglądam. Otrzymałam bowiem strój w pięknym kolorze blue w rozmiarze no cóż XL. Ważę 52kg, nie wiem od jakiej wagi jest rozmiar XL, ale myślę, że w strój ten zmieściła bym się swobodnie z mężem, synem, córką i jeszcze mogłabym spokojnie zaprosić kogoś w rozmiarze L i byłoby nam całkiem wygodnie. No, ale cóż, dają to bierz i nie marudź, mogłoby być znacznie gorzej.
Po przebraniu dokonałam oględzin pokoju... pościel moją chyba napadły myszy albo co najmniej mole bo miała dziurę na dziurze, no ale czego oczekiwać za darmoszkę. Myślę sobie włączę telewizor... po czym inna pani, która też miała chyba dar czytania w myślach woła, tylko proszę nie włączać telewizora bo niestety nie działa, łóżkiem też proszę nie manipulować bo brak pilota.... Sobie myślę, czy jest coś co w tym szpitalu działa??? Także przyfarciła mi sala działająca na 50%.
Minęło kilka chwil przyjechała pani z wózkiem inwalidzkim... troszkę się zbuntowałam, bo przecież umiem i mogę chodzić. Ale pani nie dała się przekonać - procedury i bez dyskusji. No to chycnęłam na wózek i powiem wam, że to wcale nie taka prosta sztuka pchać kogoś na wózku, słyszałam jak pani sapie i czułam jak manewruje tym wózkiem na prawo i lewo, żeby nie walnąć w kogoś lub coś po drodze. Już nie chciała jej wypominać, że łatwiej by było gdybym poszła sama, bo i tak bym nic nie zmieniła, bo wiecie procedury ważniejsze od człowieka.
Zawiozła mnie na salę operacyjną i tam to dopiero się zaczęło cyrk i przedstawienie w jednm.
Moja operacja amputacji piersi nie miała takich przygotowań jak to wczoraj. Ja byłam przekonana że mnie uśpią, zrobią swoje, zawiozą na salę, obudzą, dadzą chwilę na ogarnięcie i do domu. Oj jakież było moje zdziwienie, kiedy pani mówi, zabieg będzie wykonany przy znieczuleniu miejscowym i będziemy potrzebowali pani pełnej współpracy. Już na sam wydźwięk tych słów byłam mokra i chciałam zwiać, ale drzwi sali były zamknięte a pani z wózkiem ulotniła się jak kamfora. Na dokładkę strój który mi dali uniemożliwiał mi ucieczkę ponieważ plątał się między nogami, za stopami, zjeżdżał z tyłka, a dekolt od bluzki sięgał do pępka. Panie z sali operacyjnej gdy mi się lepiej przyjrzały, pośmiały się ze mnie, wypowiedziały co miały do wypowiedzenia, przyniosły mi inny strój w kolorze zielonym ponieważ taki kolor dominował u nich na sali, one też miały garderobę zieloną i co najważniejsze do procedur i rozliczeń szpitalnych kolor musi się zgadzać. No to dostałam nową piżamkę w kolorze zielonym i w rozmiarze L, za dużo to nie zmieniło ale zawsze coś.
Położyli mnie na stole operacyjnym i się zaczęło. Przypięli mi nogi pasami, więc etap ucieczki miałam już daleko za sobą. Całą łącznie z głową przykryli mi zieloną tkaniną, którą po 3 minutach zaczęłam wyzywać od upierdliwych śmierdzących szmat. I pani przystąpiła do akcji. Znieczulenie odczułam chyba jakby mi na żywca amputowali ucho czy coś... ból niesamowity. Pomyślcie jakie to uczucie, kiedy ktoś wam się wbija igłą w szyję kilkukrotnie. Następnie pani zaczęła działać dalej szarpać, kroić, ciągnąć, wgniatać całym ciężarem swojego ciała w moją szyję. Szmata coraz bardziej dawała mi się we znaki. Próbowałam podnosić ją językiem, ale pani zrobiła sobie na mojej głowie mce do przetrzymywania narzędzi chirurgicznych bo powiedziała: przepraszam, ale tylko tu jest sterylnie... akurat tu, gdzie mam nos... Najgorsze były te wszystkie informacje, które słyszałam, bo pani szczegółowo mówiła co robi, co będzie robić, co chciała robić a co jej nie wyszło... w pewnym momencie zabrakło mi tlenu, zaczęłam się dusić, a przy tym zabiegu średnio można się ruszać... po prostu nie mogłam oddychać, chciałam usiąść, ale jak już wspomniałam nogi miałam spięte pasami... koszmar mówię wam. Nagle słyszę odma robi się odma... zawołajcie doktor jakąś tam.... po czym słyszę, że to co do tej pory pikało pik pik podłączone do moje palca... już nie pika pik pik. tylko przeraźliwie się drze piiiiiiiiiiiiiiiiikkkkkkkkkk. Czuję jak moje serce zaczyna walić jak oszalałe, jak szmata przygniata mnie coraz bardziej, jak tracę oddech i już sobie wyobrażam, jak zaraz będą do mnie biegli jak na filmach z takim defibrylatorem czy jak to się tam nazywa i będą mnie przywracać do życia prądem... Ale skończyło się na słowach: podłączamy kroplówkę, antybiotyk, podajemy coś tam, przerywamy akcję pacjentka ma anomalię żylną, proszę jej zwilżyć usta... czy już lepiej?? Tak lepiej by było gdyby mnie tu nie było. Po czym znowu padły magiczne słowa: "Pani Karolinko musi pani z nami współpracować" no myślałam, że się opluje. Jak ja mogę współpracować no jak... kiedy mam wrażenie, że jestem jedną nogą w grobie.
Uświadomiono mi, że 30% pracy mają za sobą. Łzy mi się zakręciły w oczach bo miałam wrażenie, że leżę tak już nie wiadomo ile i że za chwilę chyba powinien być koniec.
Następnie ekipa z zielonej sali doszła do wniosku, że anomalii żył jednak nie ma i trzeba zrobić akcję od nowa. Wykonali mi chyba z 55 rentgenów ... proszę oddychać, proszę nabrać powietrza, zatrzymać, powoli wypuszczać i tak bez końca.
Następnym etapem był smród palonej skóry, słyszałam takie niezbyt sympatyczne syczenie po czym rozlegał się niesamowity smród - jak ktoś ma rodzinę na wsi i miał okazję uczestniczyć w opalaniu martwego koguta tudzież kury, kaczki to jest w stanie sobie owy smrodek odtworzyć. Ale nie polecam :)
Akcja z brakiem tlenu pojawiała się kilkukrotnie, ponieważ szmata przygniatała mnie coraz bardziej. Wgniatanie szyi uznałam już za normę, pomyślałam, że po zabiegu spojrzę tej pani głęboko w oczy i zapytam - dlaczego?!
Bolało niemiłosiernie tyle wam powiem. I normalnie jak zabieg taki trwa około 45 minut to u mnie oczywiście trwał godzinę i 25 minut bo ja już jestem taka wyjątkowa, nie współpracująca istotka.
Po zabiegu przewieźli mnie na salę pooperacyjną, gdzie mimo pracujących monitorów, pisków, latania pielęgniarek, udało mi się chwilkę pospać. Następnie wróciła moja pani z wózkiem inwalidzkim i rozpoczęła się wycieczka powrotna na salę z dziurawą pościelą i niedziałającymi sprzętami.
Tam na sali ponownie dopadła mnie myśl o spaniu ale cóż... przecież to szpital a nie noclegownia... Najpierw odwiedził mnie ksiądz z propozycją nie do odrzucenia... ale jak tylko usłyszał o braku ślubu kościelnego to uciekł niemal tak szybko jak ja planowałam zwiać podczas zabiegu. A ja naprawdę miałam szczere chęci się wyspowiadać, porozmawiać... no ale cóż, widać jeszcze nie teraz.
Następnie co chwile przychodziły pielęgniarki z milionem pytań, następnie pani z zapytaniem - kolację będzie pani jadła... patrzę na zegarek i mówię: Wie pani co ... ja jeszcze dziś śniadania nie jadłam a pani mnie pyta o 15.30 czy ja kolację będę jadła... podziękuję!
Następnie obudził mnie śmiech męża mojego, który to ocenił wzrokowo moją sytuację ubraniową - czyli owy sexowny zielony strój i zasugerował żeby go może zabrać do domu ... nie wnikam jakie miał w stosunku do niego plany, bo chyba wolę nie wiedzieć. Także po przebraniu się w swoje normalne ciuchy, szpitalny strój zakończył żywot w szpitalnym śmietniku.
O godzinie 18 po otrzymaniu wypisów, wypuścili nas na wolność.
I tak oto wyglądała moja wczorajsza przygoda i tak jak już wspominałam, żebym wiedziała, że to taka historia z tego będzie to nawet by mi przez myśl nie przeszło pchać się tam na własne życzenie. Dziś siedzę jak taka sierota z gigantyczny opatrunkiem na szyi, ruszam głową jak robot, położenie się czy wstanie z łóżka analizuję na 5 podejść. Ale mam nadzieję, że każdego dnia będzie lepiej i że ten port w ostateczności zadziała... bo jak nie to cała przygoda o kant tyłka. Uświadomili mi w szpitalu, że gdy będę przechodzić przez bramki na lotnisku to będę pikać... hihi :) dostałam paszport swojego czipa, także jestem oznakowana do końca życia. Za tydzień mam kontrolę czy port jest sprawny, czy wszystko ok itp itd.
Dziękuję Wam za smsy wczoraj, za telefony, za podpowiedzi do kogo powinnam skierować swoje modlity, za zdjęcia.
Dziękuję za Wszystko bo bez Was to by było o wiele trudniej znosić tą codzienność.
Buziaki!!!!!
poniedziałek, 5 lutego 2018
podsumowanie poniedziałku
Dobry Wieczór Kochani!
Krótkie podsumowanie poniedziałku... dzień zrealizowany na 80%, był chwilowy kryzys. Ból osiągnął wyższy poziom a ja głupia chciałam być ponad nim i się męczyłam, bo wiecie chciałam być takim herosem, batmanką, co to ma wylane na ból... ale jednak mnie pokonał i sobie myślę, ale ja faktycznie głupia jestem, zamiast wziąć tabletkę kiedy zaczynało boleć to ja twardzielkę chciałam grać i po co mi to, ucierpiała tylko rodzina bo zaniemogłam na 2 godziny, a taki miałam ambitny plan pobawić się z młodszym dzieckiem, podyskutować ze starszym, a tak tylko zrzędziłam, że boli i boli... aż wreszcie przeprosiłam się z tabletką i w kilka chwil wróciłam normalna ja. I mogłam normalnie funkcjonować.
Kochani, dziś otrzymałam super wiadomość. Jak Wam już wspominałam, od jakiegoś (dłuższego) czasu boli mnie lewa noga - cała. Ból jest taki, że raz mogę chodzić, raz nie, raz chce mi się wyć do księżyca, raz do słońca, ale jako, że to noga trzeba było zęby zacisnąć i kuśtykać, byle do przodu. Na tańce się z nią nigdzie nie wybierałam (ale nie wykluczam w przyszłości:), jednak ból znacznie utrudniał codzienność. W związku z tym, że parę raków już mam to lekarze stwierdzili, że trzeba zrobić badanie tzw. scyntygrafię kości lewej nogi po to by sprawdzić czy aby i tam rak nie zrobił puk puk i czy nie ma tam tzw. przerzutu do kości. Dziś odebrałam wynik i mogę Wam powiedzieć z całą radością, że nie NIE MA!!!!! ten ból to zmiany zwyrodnieniowe promieniujące od kręgosłupa do nogi, generalnie pierdoła z całą resztą dolegliwości. Także mam powód by świętować :)
Jutro niestety nie napiszę nic, ponieważ cały dzień mam zaplanowany w szpitalu. Mają mi zakładać port, by ułatwić życie moim żyłą, które ostatnio coraz częściej wołają, że mają dosyć. Także na wiadomości z mojej egzystencji i odpowiedzi na pytanie: Jak się czuję, wypatrujcie w środę.
Dziś pewna osoba powiedziała: pamiętaj, po burzy zawsze świeci słońce! Kochani pamiętajcie, nie ważne co się dzieje dziś, jutro będzie tylko lepiej!
Kolejny raz Dziękuję Wam za wsparcie: słowem, obecnością, milczeniem, krzykiem, najdrobniejszym gestem. Codziennie uświadamiacie mi, że dam radę! i ja w to wierzę.
Śpijcie dobrze! Uściski dla Was!
Krótkie podsumowanie poniedziałku... dzień zrealizowany na 80%, był chwilowy kryzys. Ból osiągnął wyższy poziom a ja głupia chciałam być ponad nim i się męczyłam, bo wiecie chciałam być takim herosem, batmanką, co to ma wylane na ból... ale jednak mnie pokonał i sobie myślę, ale ja faktycznie głupia jestem, zamiast wziąć tabletkę kiedy zaczynało boleć to ja twardzielkę chciałam grać i po co mi to, ucierpiała tylko rodzina bo zaniemogłam na 2 godziny, a taki miałam ambitny plan pobawić się z młodszym dzieckiem, podyskutować ze starszym, a tak tylko zrzędziłam, że boli i boli... aż wreszcie przeprosiłam się z tabletką i w kilka chwil wróciłam normalna ja. I mogłam normalnie funkcjonować.
Kochani, dziś otrzymałam super wiadomość. Jak Wam już wspominałam, od jakiegoś (dłuższego) czasu boli mnie lewa noga - cała. Ból jest taki, że raz mogę chodzić, raz nie, raz chce mi się wyć do księżyca, raz do słońca, ale jako, że to noga trzeba było zęby zacisnąć i kuśtykać, byle do przodu. Na tańce się z nią nigdzie nie wybierałam (ale nie wykluczam w przyszłości:), jednak ból znacznie utrudniał codzienność. W związku z tym, że parę raków już mam to lekarze stwierdzili, że trzeba zrobić badanie tzw. scyntygrafię kości lewej nogi po to by sprawdzić czy aby i tam rak nie zrobił puk puk i czy nie ma tam tzw. przerzutu do kości. Dziś odebrałam wynik i mogę Wam powiedzieć z całą radością, że nie NIE MA!!!!! ten ból to zmiany zwyrodnieniowe promieniujące od kręgosłupa do nogi, generalnie pierdoła z całą resztą dolegliwości. Także mam powód by świętować :)
Jutro niestety nie napiszę nic, ponieważ cały dzień mam zaplanowany w szpitalu. Mają mi zakładać port, by ułatwić życie moim żyłą, które ostatnio coraz częściej wołają, że mają dosyć. Także na wiadomości z mojej egzystencji i odpowiedzi na pytanie: Jak się czuję, wypatrujcie w środę.
Dziś pewna osoba powiedziała: pamiętaj, po burzy zawsze świeci słońce! Kochani pamiętajcie, nie ważne co się dzieje dziś, jutro będzie tylko lepiej!
Kolejny raz Dziękuję Wam za wsparcie: słowem, obecnością, milczeniem, krzykiem, najdrobniejszym gestem. Codziennie uświadamiacie mi, że dam radę! i ja w to wierzę.
Śpijcie dobrze! Uściski dla Was!
poniedziałek
Witajcie Kochani!!
Dostało mi się od niektórych z Was... czekaliście wczoraj... przepraszam, ale naprawdę zamiar napisania był i na zamiarze się skończyło ponieważ najzwyczajniej w świecie zasnęłam - wiem kiepskie wytłumaczenie. Ale cieszcie się i radujcie moim szczęściem ponieważ spałam całą noc z jedną tylko krótką pobudką, a sen ostatnio nie był mi dany, więc musicie zrozumieć i wybaczyć moje wczorajsze milczenie.
Wczoraj był dobry dzień pod kątem kondycji fizycznej. Dzień udało się zrealizować w 80%. Zafundowałam sobie nawet spacer nad morzem, reszty nie będę Wam opisywać bo nie była szczególnie ambitna, ale mimo to i tak się cieszę, że dzień był jaki był. Z rzeczy prawie niemożliwych - udało mi się wdrapać do koleżanki na drugie piętro - i nie wypluć płuc po drodze :)lewa noga też mi nie odpadła....Przy okazji - Dziękuję za czapkę - Jest super!!no i w końcu wyglądam jak człowiek :)
Z kondycji psychicznej - było nieco gorzej. Wczoraj miałam wiele chwil, kiedy w głowie pojawiało mi się pytanie: Dlaczego to ja jestem chora, dlaczego to mnie spotkało coś takiego? Co komu zrobiłam, że muszę tak cierpieć, czy jestem złym człowiekiem i czy to jest kara?
Spacerując po bulwarze, obserwowałam ludzi, nieśmiało zaglądałam w ich twarze i zdałam sobie sprawę że człowiek zdrowy nie wie jaki jest szczęśliwy. I znalazłam odpowiedź na moje pytania. Otóż dlaczego jestem chora - bo jak nie ja to zachorowałby ktoś inny - a nikomu nie życzę by choć przez sekundę przeżywał to co ja. Widać musiało mnie spotkać takie coś od losu żebym mogła przystanąć nad swoim dotychczasowym życiem i docenić je. Docenić czas, kiedy nic nie bolało, kiedy nie było dylematów czy iść do tego lekarza, czy posłuchać tamtego, czy wybrać ten system leczenia czy może ten daje więcej szans... czy naprawdę muszę brać te wszystkie leki??? Docenić czas kiedy nie zwracało się uwagi na to, że ma się siłę i energię na wszystko, że można góry przenosić... wtedy kiedy to było - ja tego nie widziałam, bo to było takie normalne, takie oczywiste. Wtedy, kiedy to jest normą to człowiek tego nie docenia, nie zauważa bo to po prostu jest. Dopiero, kiedy coś nawali - wtedy się pochylamy nad szczęściem, wtedy je dostrzegamy, uczymy się je doceniać. Do momentu informacji o przerzutach byłam strasznie zrzędliwą osobą, analizując to teraz, to jestem w szoku, że mój mąż nie spakował podstawowych rzeczy, dzieci pod pachę i najzwyczajniej w świecie, że nie uciekł ode mnie - to cud! Potrafiłam się czepiać wszystkich i wszystkiego... teraz to się zmieniło, bo choroba i cierpienie wyostrzyło mi spojrzenie na świat, na ludzi, na życie. Trzeba się cieszyć z tego, co się ma. Doceniać najmniejszy drobiazg. Trzeba żyć tak, jakby jutro miał się skończyć świat. Trzeba być szczęśliwym człowiekiem bo nie wiadomo, jak długo potrwa to nasze szczęście.
Dziś, też jestem szczęśliwym człowiekiem, nie tak jak z okresu przed chorobą, ale nie mogę powiedzieć, o sobie, że jestem nieszczęśliwa, nie, bo mam dookoła siebie istoty, którym na mnie zależy. Ludzi - Aniołów, którzy czuwają żeby mi niczego nie zabrakło, którzy dbają o mnie, modlą się za mnie i są ze mną na dobre i na złe. Więc dzięki Wam jestem szczęśliwa i powtarzam sobie, że tak jak moje piękne chwile przeminęły tak te złe też odejdą w niepamięć i znowu nadejdą dobre dni ale wtedy już będę umiała cieszyć się nimi pełną parą, wtedy je zauważę i będę je celebrować, doceniać.
Kocham Was wszystkich, wszystkich razem i każdego z osobna, bo każdy z Was wniósł w moje życie coś innego, wyjątkowego, wartościowego. Dziękuję, że jesteście.
Życzę spokojnego dnia i lecę zrobić młodemu śniadanie, bo mnie dziecko jeszcze poda do mopsu o to, że je głodzę. Buziaki!!
PS. Czy u Was też taka piękna, biała zima za oknem?
Dostało mi się od niektórych z Was... czekaliście wczoraj... przepraszam, ale naprawdę zamiar napisania był i na zamiarze się skończyło ponieważ najzwyczajniej w świecie zasnęłam - wiem kiepskie wytłumaczenie. Ale cieszcie się i radujcie moim szczęściem ponieważ spałam całą noc z jedną tylko krótką pobudką, a sen ostatnio nie był mi dany, więc musicie zrozumieć i wybaczyć moje wczorajsze milczenie.
Wczoraj był dobry dzień pod kątem kondycji fizycznej. Dzień udało się zrealizować w 80%. Zafundowałam sobie nawet spacer nad morzem, reszty nie będę Wam opisywać bo nie była szczególnie ambitna, ale mimo to i tak się cieszę, że dzień był jaki był. Z rzeczy prawie niemożliwych - udało mi się wdrapać do koleżanki na drugie piętro - i nie wypluć płuc po drodze :)lewa noga też mi nie odpadła....Przy okazji - Dziękuję za czapkę - Jest super!!no i w końcu wyglądam jak człowiek :)
Z kondycji psychicznej - było nieco gorzej. Wczoraj miałam wiele chwil, kiedy w głowie pojawiało mi się pytanie: Dlaczego to ja jestem chora, dlaczego to mnie spotkało coś takiego? Co komu zrobiłam, że muszę tak cierpieć, czy jestem złym człowiekiem i czy to jest kara?
Spacerując po bulwarze, obserwowałam ludzi, nieśmiało zaglądałam w ich twarze i zdałam sobie sprawę że człowiek zdrowy nie wie jaki jest szczęśliwy. I znalazłam odpowiedź na moje pytania. Otóż dlaczego jestem chora - bo jak nie ja to zachorowałby ktoś inny - a nikomu nie życzę by choć przez sekundę przeżywał to co ja. Widać musiało mnie spotkać takie coś od losu żebym mogła przystanąć nad swoim dotychczasowym życiem i docenić je. Docenić czas, kiedy nic nie bolało, kiedy nie było dylematów czy iść do tego lekarza, czy posłuchać tamtego, czy wybrać ten system leczenia czy może ten daje więcej szans... czy naprawdę muszę brać te wszystkie leki??? Docenić czas kiedy nie zwracało się uwagi na to, że ma się siłę i energię na wszystko, że można góry przenosić... wtedy kiedy to było - ja tego nie widziałam, bo to było takie normalne, takie oczywiste. Wtedy, kiedy to jest normą to człowiek tego nie docenia, nie zauważa bo to po prostu jest. Dopiero, kiedy coś nawali - wtedy się pochylamy nad szczęściem, wtedy je dostrzegamy, uczymy się je doceniać. Do momentu informacji o przerzutach byłam strasznie zrzędliwą osobą, analizując to teraz, to jestem w szoku, że mój mąż nie spakował podstawowych rzeczy, dzieci pod pachę i najzwyczajniej w świecie, że nie uciekł ode mnie - to cud! Potrafiłam się czepiać wszystkich i wszystkiego... teraz to się zmieniło, bo choroba i cierpienie wyostrzyło mi spojrzenie na świat, na ludzi, na życie. Trzeba się cieszyć z tego, co się ma. Doceniać najmniejszy drobiazg. Trzeba żyć tak, jakby jutro miał się skończyć świat. Trzeba być szczęśliwym człowiekiem bo nie wiadomo, jak długo potrwa to nasze szczęście.
Dziś, też jestem szczęśliwym człowiekiem, nie tak jak z okresu przed chorobą, ale nie mogę powiedzieć, o sobie, że jestem nieszczęśliwa, nie, bo mam dookoła siebie istoty, którym na mnie zależy. Ludzi - Aniołów, którzy czuwają żeby mi niczego nie zabrakło, którzy dbają o mnie, modlą się za mnie i są ze mną na dobre i na złe. Więc dzięki Wam jestem szczęśliwa i powtarzam sobie, że tak jak moje piękne chwile przeminęły tak te złe też odejdą w niepamięć i znowu nadejdą dobre dni ale wtedy już będę umiała cieszyć się nimi pełną parą, wtedy je zauważę i będę je celebrować, doceniać.
Kocham Was wszystkich, wszystkich razem i każdego z osobna, bo każdy z Was wniósł w moje życie coś innego, wyjątkowego, wartościowego. Dziękuję, że jesteście.
Życzę spokojnego dnia i lecę zrobić młodemu śniadanie, bo mnie dziecko jeszcze poda do mopsu o to, że je głodzę. Buziaki!!
PS. Czy u Was też taka piękna, biała zima za oknem?
sobota, 3 lutego 2018
sobota
Dziś będzie krótko. Ciężki dzień. Plany zrealizowane na 30%, ale trzeba też cieszyć się z małych sukcesów. Było kilka chwil, kiedy dominowała myśl, że jest do dupy, ale otrząsnęłam się i idę do przodu.
Także kochani,, uśmiechajcie się często do siebie nawet bez powodu, mówcie sobie jacy jesteście dla siebie ważni - bo z takich małych rzeczy buduje się wielkie szczęście.
Doszłam do wniosku, że to musi być prawda, że zwierzęta wyczuwają chorobę u swoich opiekunów. Mój pies nie odstępuje mnie na krok, gdyby mógł to by chyba przykleił się do mnie na stałe. Wskakuje mi na kolana, patrzy tymi swoimi oczkami jakby chciał właśnie powiedzieć: Uśmiechnij się, jutro będzie lepiej.
I tym oto optymistycznym zdaniem kończę na dziś, bo mam ciekawą książkę oraz dostęp do audioteki, a że spać nie mogę to chociaż jakieś plusy z tego będą - poczytam, posłucham, pomodlę się...
Obiecałam fotki to muszę zacząć się wywiązywać z obietnicy :) Buziaki Kochani!! Spokojnej nocki!!
Także kochani,, uśmiechajcie się często do siebie nawet bez powodu, mówcie sobie jacy jesteście dla siebie ważni - bo z takich małych rzeczy buduje się wielkie szczęście.
Doszłam do wniosku, że to musi być prawda, że zwierzęta wyczuwają chorobę u swoich opiekunów. Mój pies nie odstępuje mnie na krok, gdyby mógł to by chyba przykleił się do mnie na stałe. Wskakuje mi na kolana, patrzy tymi swoimi oczkami jakby chciał właśnie powiedzieć: Uśmiechnij się, jutro będzie lepiej.
I tym oto optymistycznym zdaniem kończę na dziś, bo mam ciekawą książkę oraz dostęp do audioteki, a że spać nie mogę to chociaż jakieś plusy z tego będą - poczytam, posłucham, pomodlę się...
Obiecałam fotki to muszę zacząć się wywiązywać z obietnicy :) Buziaki Kochani!! Spokojnej nocki!!
piątek, 2 lutego 2018
podsumowanie tygodnia
Kochani ... jestem, dziecko moje młodsze wreszcie przytuliło podusię i śpi, tak więc mam tzw. czas tylko for me ale też i dla Was.
Bardzo chciałam Wam podziękować za wszystkie słowa wsparcia. Przepraszam również tych, którym nie odpisałam, nie oddzwoniłam ... to nie tak, że nie chcę rozmawiać, to tak, że nie mam po prostu czasu a często też i siły na to by po raz 100 powtarzać w kółko to samo. Na co dzień staram się żyć może nie tak jakby nic się nie działo, bo to raczej nie możliwe, ale staram się żyć wmawiając sobie, że to chwilowa niedyspozycja, że to nic poważnego, a gadając w kółko o tym, analizując ... wracam do punktu zero, po takiej rozmowie znowu włącza mi się myślenie, analizowanie itp. a tego nie chcę, bo to mnie wykańcza.
Wracając do streszczenia mojego aktualnego stanu. Otóż w poniedziałek byłam w Berlinie, gdzie pewnie Pan doktor dał mi ogromny zastrzyk nadziei, energii, pozytywnego nastawienia. Powiedział, że jest w stanie chorobę zatrzymać poprzez ostrzykiwanie guzów nowotworowych pewną substancją, która owe guzy ma rozwalić na mniejsze i następnie mają zostać wydalone z organizmu. Podczas wizyty zaaplikował mi kilka takich wstrzyknięć, po których myślałam, że zejdę z tego świata, ale czego się nie robi by żyć?! Następnie podłączył mi "kroplówkę życia", po której faktycznie czułam się dużo lepiej. Grubo skrytykował polski system leczenia, ale jaki ja mam na to wpływ? Można by rzec biorę co dają, bo jestem laikiem w temacie i mam nadzieję, że lekarze, którzy się mną zajmują wiedzą, co robią i robią wszystko żeby mi uratować życie... no, ale jeżeli ktoś twierdzi, że jest inaczej to niech mi o tym nie mówi, po co odbierać nadzieję?
Tak więc po wizycie u w/w lekarza, wróciłam cała podbudowana, z pękatą siatką kolejnych cud leków. Uświadomiona, że wlewy z witaminy C, które biorę - mam brać, olej konopny, który biorę biorę - brać, witaminę B12, którą biorę - mam brać itp itd.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy podczas wizyty u mojej lekarki w Polsce wszystko (prawie) co uczynił ze mną lekarz z Niemiec zostało ocenione jako złe.
Pani doktor skrytykowała ostrzykiwania guza, ponieważ ma to zastosowanie u osób, które jakoby dopiero rozpoczęły swoją przygodę z chorobą, a nie u kogoś, u kogo stale przybywają nowe. Żeby ta terapia miała sens - lekarz musiał by ostrzyknąć moje ciało minimetr o minimetrze od stóp do głowy... a to jak wiemy jest niemożliwe.
Witamina C - jest be, ponieważ w moim przypadku zamienia się w mocz i po prostu zostaje zaraz po wlaniu ...wydalona z organizmu wiadomymi drogami. A koszt jej jak ktoś się zna to wie jaki jest.
Olej konopny - nie udowodniono naukowo, że ma jakiekolwiek lecznicze działanie, a ja przeżywałam katusze zanim odważyłam się go przyjąć... a przyjmowałam dłuższy czas 3x dziennie po kilka krople... tylko faktycznie ani po witaminie C ani po oleju nie odczuwałam nic, co by mogło świadczyć o tym, że jest mi lepiej.
Witamina B12 - tu Pani doktor mrugnęła okiem i mówi brać... to biorę. W coś wierzyć trzeba.
Wczoraj byłam na wizycie u kolejnego doktora, z tych, co się zna. I przyznać muszę, że ten faktycznie wiedzę miał. Omówił ze mną wszystkie wyniki. Powiedział m.in. to samo co moja Pani doktor, jednak był bardziej szczegółowy, drobiazgowy. Zasugerował udział w badaniach klinicznych, gdzie chorym takim jak ja podają lek, który jest lekiem testowym, nie stosowanym w ogólnym obiegu. Tak więc dziś od rana szukałam, gdzie można się do takich badań zakwalifikować i znalazłam - w Otwocku. Jednak jak zwykle bariera urzędnicza uniemożliwiła załatwienie sprawy nie mówię, że od ręki, ale w dniu dzisiejszym. Bo Pani rejestratorka wie lepiej... więc w poniedziałek będę działać od nowa. Udział w tych badaniach, czyli otrzymywanie leku pozwala znacznie bardziej zwiększyć szansę na zatrzymanie choroby.
Także dziś od rana zmierzałam się z wyzwaniem - uzyskania jakichkolwiek informacji istotnych dla mojej sytuacji.
Dzień mogę zaliczyć do udanych bo pomimo bólu który towarzyszył mi od rana do teraz udało mi się nie sięgnąć po tabletkę przeciw bólową. A to już sukces. Teraz pytanie czy uodporniłam się na ból, czy przyzwyczaiłam się do niego... a zresztą czy to ważne, ważne, że dałam radę.
Zaliczyłam spacer z psem, spacer po małolatę do przedszkola, byłam też w kościele - bo wiecie kochani, jak trwoga to do Boga. A tak zupełnie poważnie to powiem Wam, że pomaga mi ostatnio rozmowa z Bogiem, czuję się po tym tak lekko. Szkoda tylko, że tak późno to zrozumiałam.
Także jak na moje samopoczucie w/w osiągnięcia to już coś!
Co mnie niepokoi to to, że chudnę. Fakt, zawsze chciałam widzieć 5 z przodu na wadzę, ale jak tak dalej pójdzie to zobaczę 4... a to mi się przestaję podobać. Ale będę się starała nie dopuścić do takiej sytuacji.
Niektórzy z Was pytają, co możecie dla mnie zrobić? Otóż jest coś... Pomódlcie się o to by było dobrze. Proszę Was tylko o modlitwę.
Niektórzy piszą, że się popłakali... nie płaczcie - ja wciąż tu jestem, na łzy mam nadzieję jeszcze długo nie będzie mca. Ja sama często muszę zaciskać zęby żeby nie wyć, kiedy patrzę na moje dzieci... wtedy sami wiecie co człowiekowi w głowie się rodzi... Także głowy do góry i nie mazać mi się tu, bo to nie pora i miejsce.
Ok, nie zamęczam. Uciekam bo paznokcie muszę pomalować. Całuję Was mocno!!
Bardzo chciałam Wam podziękować za wszystkie słowa wsparcia. Przepraszam również tych, którym nie odpisałam, nie oddzwoniłam ... to nie tak, że nie chcę rozmawiać, to tak, że nie mam po prostu czasu a często też i siły na to by po raz 100 powtarzać w kółko to samo. Na co dzień staram się żyć może nie tak jakby nic się nie działo, bo to raczej nie możliwe, ale staram się żyć wmawiając sobie, że to chwilowa niedyspozycja, że to nic poważnego, a gadając w kółko o tym, analizując ... wracam do punktu zero, po takiej rozmowie znowu włącza mi się myślenie, analizowanie itp. a tego nie chcę, bo to mnie wykańcza.
Wracając do streszczenia mojego aktualnego stanu. Otóż w poniedziałek byłam w Berlinie, gdzie pewnie Pan doktor dał mi ogromny zastrzyk nadziei, energii, pozytywnego nastawienia. Powiedział, że jest w stanie chorobę zatrzymać poprzez ostrzykiwanie guzów nowotworowych pewną substancją, która owe guzy ma rozwalić na mniejsze i następnie mają zostać wydalone z organizmu. Podczas wizyty zaaplikował mi kilka takich wstrzyknięć, po których myślałam, że zejdę z tego świata, ale czego się nie robi by żyć?! Następnie podłączył mi "kroplówkę życia", po której faktycznie czułam się dużo lepiej. Grubo skrytykował polski system leczenia, ale jaki ja mam na to wpływ? Można by rzec biorę co dają, bo jestem laikiem w temacie i mam nadzieję, że lekarze, którzy się mną zajmują wiedzą, co robią i robią wszystko żeby mi uratować życie... no, ale jeżeli ktoś twierdzi, że jest inaczej to niech mi o tym nie mówi, po co odbierać nadzieję?
Tak więc po wizycie u w/w lekarza, wróciłam cała podbudowana, z pękatą siatką kolejnych cud leków. Uświadomiona, że wlewy z witaminy C, które biorę - mam brać, olej konopny, który biorę biorę - brać, witaminę B12, którą biorę - mam brać itp itd.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy podczas wizyty u mojej lekarki w Polsce wszystko (prawie) co uczynił ze mną lekarz z Niemiec zostało ocenione jako złe.
Pani doktor skrytykowała ostrzykiwania guza, ponieważ ma to zastosowanie u osób, które jakoby dopiero rozpoczęły swoją przygodę z chorobą, a nie u kogoś, u kogo stale przybywają nowe. Żeby ta terapia miała sens - lekarz musiał by ostrzyknąć moje ciało minimetr o minimetrze od stóp do głowy... a to jak wiemy jest niemożliwe.
Witamina C - jest be, ponieważ w moim przypadku zamienia się w mocz i po prostu zostaje zaraz po wlaniu ...wydalona z organizmu wiadomymi drogami. A koszt jej jak ktoś się zna to wie jaki jest.
Olej konopny - nie udowodniono naukowo, że ma jakiekolwiek lecznicze działanie, a ja przeżywałam katusze zanim odważyłam się go przyjąć... a przyjmowałam dłuższy czas 3x dziennie po kilka krople... tylko faktycznie ani po witaminie C ani po oleju nie odczuwałam nic, co by mogło świadczyć o tym, że jest mi lepiej.
Witamina B12 - tu Pani doktor mrugnęła okiem i mówi brać... to biorę. W coś wierzyć trzeba.
Wczoraj byłam na wizycie u kolejnego doktora, z tych, co się zna. I przyznać muszę, że ten faktycznie wiedzę miał. Omówił ze mną wszystkie wyniki. Powiedział m.in. to samo co moja Pani doktor, jednak był bardziej szczegółowy, drobiazgowy. Zasugerował udział w badaniach klinicznych, gdzie chorym takim jak ja podają lek, który jest lekiem testowym, nie stosowanym w ogólnym obiegu. Tak więc dziś od rana szukałam, gdzie można się do takich badań zakwalifikować i znalazłam - w Otwocku. Jednak jak zwykle bariera urzędnicza uniemożliwiła załatwienie sprawy nie mówię, że od ręki, ale w dniu dzisiejszym. Bo Pani rejestratorka wie lepiej... więc w poniedziałek będę działać od nowa. Udział w tych badaniach, czyli otrzymywanie leku pozwala znacznie bardziej zwiększyć szansę na zatrzymanie choroby.
Także dziś od rana zmierzałam się z wyzwaniem - uzyskania jakichkolwiek informacji istotnych dla mojej sytuacji.
Dzień mogę zaliczyć do udanych bo pomimo bólu który towarzyszył mi od rana do teraz udało mi się nie sięgnąć po tabletkę przeciw bólową. A to już sukces. Teraz pytanie czy uodporniłam się na ból, czy przyzwyczaiłam się do niego... a zresztą czy to ważne, ważne, że dałam radę.
Zaliczyłam spacer z psem, spacer po małolatę do przedszkola, byłam też w kościele - bo wiecie kochani, jak trwoga to do Boga. A tak zupełnie poważnie to powiem Wam, że pomaga mi ostatnio rozmowa z Bogiem, czuję się po tym tak lekko. Szkoda tylko, że tak późno to zrozumiałam.
Także jak na moje samopoczucie w/w osiągnięcia to już coś!
Co mnie niepokoi to to, że chudnę. Fakt, zawsze chciałam widzieć 5 z przodu na wadzę, ale jak tak dalej pójdzie to zobaczę 4... a to mi się przestaję podobać. Ale będę się starała nie dopuścić do takiej sytuacji.
Niektórzy z Was pytają, co możecie dla mnie zrobić? Otóż jest coś... Pomódlcie się o to by było dobrze. Proszę Was tylko o modlitwę.
Niektórzy piszą, że się popłakali... nie płaczcie - ja wciąż tu jestem, na łzy mam nadzieję jeszcze długo nie będzie mca. Ja sama często muszę zaciskać zęby żeby nie wyć, kiedy patrzę na moje dzieci... wtedy sami wiecie co człowiekowi w głowie się rodzi... Także głowy do góry i nie mazać mi się tu, bo to nie pora i miejsce.
Ok, nie zamęczam. Uciekam bo paznokcie muszę pomalować. Całuję Was mocno!!
czwartek, 1 lutego 2018
Witajcie Kochani!
Odważyłam się lub zostałam zmuszona sytuacją, której nie jestem w stanie opanować, kontrolować itp. Blog ten jest dla Wszystkich tych osób, które pytają mnie : "JAK SIĘ CZUJESZ?" Dziękuję, że jesteście, że się troszczycie, że myślicie o mnie... jednak nie jestem w stanie każdemu z Was pisać, mówić o tym jak się czuję?!
Dla osób nie wtajemniczonych... Otóż od 14 grudnia 2016 roku walczę z chorobą pt. RAK w moim przypadku jest to rak piersi. I jak to przypuszczałam od dawna - ja urodzona pod szczęśliwą gwiazdą - otrzymałam w darze najgorszego raka z możliwych, najbardziej złośliwą mendę jaką otrzymać można. No, ale cóż, jak wspomniałam - walczę i albo on albo ja. Czas pokaże. Ktoś pomyśli... pewnie się nie badała i teraz narzeka. Otóż kochani NIE, z racji tego, że moja mama zmarła na raka jajnika w wieku 58 lat, byłam pod stałą opieką i kontrolą onkologów, do lekarzy biegałam jak po bułki do piekarni... no i można by stwierdzić wybiegałam.Miałam też zrobione badania genetyczne pod kątem najbardziej popularnych genów wśród których najczęściej występuje rak - oczywiście wszystkie wykluczyły możliwość, że zachoruje - A jednak!
Tak więc od 14 grudnia trwa moje leczenie, miałam dwie chemioterapie, tak moi drodzy - byłam łysa jak kolano dziadka Stefana ... miałam amputowaną pierś - tak jestem kobietą z jednym cyckiem, ale zaufajcie mi - da się żyć. Miałam radioterapię, 5 tygodni dzień w dzień jeździłam do szpitala na 15 minutowe sesje promieniami - efekt - śmierdziałam jak kurczak z rożna - no może mniej apetycznie ale skóra łuszczyła się dosyć podobnie. Sztucznie wywołali mi menopauze - z tym też da się żyć, bo z racji tego, że mam dwoje kochanych, najdroższych memu sercu dzieciaczków -i z racji chemioterapii - dzieci więcej nie planowałam. Jednak uświadomię Wam z czym wiążę się sztucznie wywołana menopauza w wieku 37 lat.... otóż tym, że członkowie mojej rodziny pewnie niejednokrotnie zastanawiali się czy by mnie nie zawieźć gdzieś na jakieś szczepienie przecie wściekliźnie, nie zamknąć w jakimś zakładzie psychiatrycznym itp.... Bywały dni, że płakałam, śmiałam się - na zmianę, nie zawsze było to adekwatne do sytuacji. Krzyczałam, wyłam, było mi na zmianę gorąco, zimno... miałam ochotę gryźć wszystko i wszystkich dookoła. Chyba byłam wtedy takim przedstawicielem mojego raka - też taką złośliwą mendą, z którą nie da się wytrzymać. Najbardziej ucierpieli na tym oczywiście moi bliscy, ale też kilku znajomym dostało się nieźle w kość - dziękuję, że mimo to dalej przy mnie trwacie.
Wracając do tematu... kiedy padło hasło - leczenie zakończone, musi być teraz Pani pod stałą obserwacją i kontrolą poradni onkologicznej (jakbym wcześniej nie była... ) podczas zwykłej jednej z kontrolnej wizyt - Pani doktor zadaje mi moje ostatnio ulubione pytanie: Jak się Pani czuje?" ... właśnie taki powinien być tytuł bloga... no cóż, może to zmienię :) No to się zaczęło, kiedy wymieniałam co mi dolega, doszłam do wniosku, że szybciej byłoby wymienić co mi nie dolega, co mnie nie boli. No i się zaczęło... było to 29 grudnia 2017... tak więc możecie sobie wyobrazić jaki miałam radosny skok w nowy rok, jakie plany mogłam snuć i marzenia... Przy RTG klatki piersiowej, konsultacji pumunologicznej wyszło - bardzo mi przykro, że muszę to Pani powiedzieć - ma Pani przerzuty do płuc... w między czasie wyszło też, że i do wątroby... I tu znowu możecie poruszyć swoją wyobraźnią, jak się wtedy poczułam... z jednej strony hasło: leczenie zakończone, z drugiej: przerzuty.... z czym to się je?!!?
Czy byłam/jestem załamana - Nie! bo to by oznaczało koniec... wtedy mój robak zaatakował by z całą swoją mocą i zjadł wszystko co do zjedzenia. Walczę dalej, są dni, że walka nie jest zbyt równa, bo ciężko z łóżka wstać, ciężko ogarnąć własne myśli, ciałem mym wstrząsają dreszcze, jest mi jednocześnie gorąco w głowę i odczuwam lodowate zimno w reszcie ciała. Ból w klatce piersiowej jest nie do wytrzymania, suchy -męczący kaszel - po którego ataku nie wiesz czy już wyplułeś płuca czy zaraz to nastąpi, do tego dochodzi ból lewej nogi - aktualnie jestem na etapie stwierdzenia czy rak nie dał przerzutu do kości - bo jeszcze to do kompletu, czemu nie - do pełni szczęścia, a co?!
Do tego ból w lewej ręce bo żyły nie wytrzymują już ilości wkłuć, które im zapewniam. Brak apetytu, mdłości, wiecznie towarzyszący smak w buzi jakby się żuło gumową rękawiczkę. Do tego bezsenność, ale to podobno efekt chemio i radioterapii - taki mały gratis od firmy.
A do tego trzeba ogarniać wszystko dookoła, bo jak to mówią -samo się nie zrobi. Oczywiście mam 200 procentową pomoc ze strony męża, niezastąpionej sąsiadki i innych bliskich mi osób, jednak wiecie jak jest - puki są siły jako takie człowiek chce sam, bo wtedy czuje, że jeszcze może.
Blog ten jak już wspomniałam ma pomóc mi kontaktować się z Wami, z tymi, co chcą wiedzieć: Jak się czuję? Musicie zrozumieć, że aktualnie połowę swojego życia spędzam w szpitalach, klinikach, prywatnych gabinetach w poszukiwaniu recepty za zło, które mnie dopadło... tak więc drugą połowę chciałabym podarować mojej rodzinie, dzieciom, które mnie potrzebują, mężowi, który ostatnio nie ma normalnego kontaktu ze mną wcale, bo ja ciągle w biegu, bo ciągle z kimś na telefonie, bo odpowiadam na pytanie: Jak się czuję? Z drugiej strony pomyślcie sami... jak się może czuć ktoś kto ma raka - NO ZAJEBIŚCIE! i tego się trzymajmy i tak ma być.
Dodam, żeby nie było nieporozumień - blog nie jest stworzony po to by zbierać pieniądze na cokolwiek co dotyczy mojej osoby. Nie po to byście pisali - słuchaj znam świetnego specjalistę, mam super książkę, znam extra znachora, mam rewelacyjny lek, to ci pomoże, musisz spróbować - wierzcie mi, czego to ja już nie próbowałam i na nic nowego nie ma miejsca po prostu, także za wszelkie złote rady - serdecznie Bóg zapłać :)
Aktualnie jestem w trakcie kolejnej chemioterapii... tak być może znowu będę łysa jak kolano dziadka Stefana, ale czego się nie robi by wrócić do zdrowia... Jestem pod stałą opieką nie 1, nie 2 a kilku lekarzy onkologów, którzy również robią wszystko, żeby było ok. Codziennie łykam około 30 tabletek to i dla zdrowia i dla urody (magnez, selen, potas, kurkuma...)bo jakby co w trumnie też trzeba jakoś wyglądać :), do tego kilka przeciw bólowych co by funkcjonować w miarę jak człowiek.
Od jutra będę się starała codziennie na bieżąco zdawać Wam relacje z mojego samopoczucia, z mojego aktualnego stanu zdrowia byście byli szczęśliwi, że wiecie a ja szczęśliwa, że Was poinformowałam i nikogo nie zaniedbałam.
Będą też fotosesje co byście mogli zobaczyć jak aktualnie wyglądam. A co jak komplet to komplet, jak szaleć to szaleć.
Tak więc moi Kochani, zapraszam Was do zaglądania na mojego bloga, oswajania się z moim robakiem i przesyłam Wam pełne optymizmu uściski i pozdrowienia.
Odważyłam się lub zostałam zmuszona sytuacją, której nie jestem w stanie opanować, kontrolować itp. Blog ten jest dla Wszystkich tych osób, które pytają mnie : "JAK SIĘ CZUJESZ?" Dziękuję, że jesteście, że się troszczycie, że myślicie o mnie... jednak nie jestem w stanie każdemu z Was pisać, mówić o tym jak się czuję?!
Dla osób nie wtajemniczonych... Otóż od 14 grudnia 2016 roku walczę z chorobą pt. RAK w moim przypadku jest to rak piersi. I jak to przypuszczałam od dawna - ja urodzona pod szczęśliwą gwiazdą - otrzymałam w darze najgorszego raka z możliwych, najbardziej złośliwą mendę jaką otrzymać można. No, ale cóż, jak wspomniałam - walczę i albo on albo ja. Czas pokaże. Ktoś pomyśli... pewnie się nie badała i teraz narzeka. Otóż kochani NIE, z racji tego, że moja mama zmarła na raka jajnika w wieku 58 lat, byłam pod stałą opieką i kontrolą onkologów, do lekarzy biegałam jak po bułki do piekarni... no i można by stwierdzić wybiegałam.Miałam też zrobione badania genetyczne pod kątem najbardziej popularnych genów wśród których najczęściej występuje rak - oczywiście wszystkie wykluczyły możliwość, że zachoruje - A jednak!
Tak więc od 14 grudnia trwa moje leczenie, miałam dwie chemioterapie, tak moi drodzy - byłam łysa jak kolano dziadka Stefana ... miałam amputowaną pierś - tak jestem kobietą z jednym cyckiem, ale zaufajcie mi - da się żyć. Miałam radioterapię, 5 tygodni dzień w dzień jeździłam do szpitala na 15 minutowe sesje promieniami - efekt - śmierdziałam jak kurczak z rożna - no może mniej apetycznie ale skóra łuszczyła się dosyć podobnie. Sztucznie wywołali mi menopauze - z tym też da się żyć, bo z racji tego, że mam dwoje kochanych, najdroższych memu sercu dzieciaczków -i z racji chemioterapii - dzieci więcej nie planowałam. Jednak uświadomię Wam z czym wiążę się sztucznie wywołana menopauza w wieku 37 lat.... otóż tym, że członkowie mojej rodziny pewnie niejednokrotnie zastanawiali się czy by mnie nie zawieźć gdzieś na jakieś szczepienie przecie wściekliźnie, nie zamknąć w jakimś zakładzie psychiatrycznym itp.... Bywały dni, że płakałam, śmiałam się - na zmianę, nie zawsze było to adekwatne do sytuacji. Krzyczałam, wyłam, było mi na zmianę gorąco, zimno... miałam ochotę gryźć wszystko i wszystkich dookoła. Chyba byłam wtedy takim przedstawicielem mojego raka - też taką złośliwą mendą, z którą nie da się wytrzymać. Najbardziej ucierpieli na tym oczywiście moi bliscy, ale też kilku znajomym dostało się nieźle w kość - dziękuję, że mimo to dalej przy mnie trwacie.
Wracając do tematu... kiedy padło hasło - leczenie zakończone, musi być teraz Pani pod stałą obserwacją i kontrolą poradni onkologicznej (jakbym wcześniej nie była... ) podczas zwykłej jednej z kontrolnej wizyt - Pani doktor zadaje mi moje ostatnio ulubione pytanie: Jak się Pani czuje?" ... właśnie taki powinien być tytuł bloga... no cóż, może to zmienię :) No to się zaczęło, kiedy wymieniałam co mi dolega, doszłam do wniosku, że szybciej byłoby wymienić co mi nie dolega, co mnie nie boli. No i się zaczęło... było to 29 grudnia 2017... tak więc możecie sobie wyobrazić jaki miałam radosny skok w nowy rok, jakie plany mogłam snuć i marzenia... Przy RTG klatki piersiowej, konsultacji pumunologicznej wyszło - bardzo mi przykro, że muszę to Pani powiedzieć - ma Pani przerzuty do płuc... w między czasie wyszło też, że i do wątroby... I tu znowu możecie poruszyć swoją wyobraźnią, jak się wtedy poczułam... z jednej strony hasło: leczenie zakończone, z drugiej: przerzuty.... z czym to się je?!!?
Czy byłam/jestem załamana - Nie! bo to by oznaczało koniec... wtedy mój robak zaatakował by z całą swoją mocą i zjadł wszystko co do zjedzenia. Walczę dalej, są dni, że walka nie jest zbyt równa, bo ciężko z łóżka wstać, ciężko ogarnąć własne myśli, ciałem mym wstrząsają dreszcze, jest mi jednocześnie gorąco w głowę i odczuwam lodowate zimno w reszcie ciała. Ból w klatce piersiowej jest nie do wytrzymania, suchy -męczący kaszel - po którego ataku nie wiesz czy już wyplułeś płuca czy zaraz to nastąpi, do tego dochodzi ból lewej nogi - aktualnie jestem na etapie stwierdzenia czy rak nie dał przerzutu do kości - bo jeszcze to do kompletu, czemu nie - do pełni szczęścia, a co?!
Do tego ból w lewej ręce bo żyły nie wytrzymują już ilości wkłuć, które im zapewniam. Brak apetytu, mdłości, wiecznie towarzyszący smak w buzi jakby się żuło gumową rękawiczkę. Do tego bezsenność, ale to podobno efekt chemio i radioterapii - taki mały gratis od firmy.
A do tego trzeba ogarniać wszystko dookoła, bo jak to mówią -samo się nie zrobi. Oczywiście mam 200 procentową pomoc ze strony męża, niezastąpionej sąsiadki i innych bliskich mi osób, jednak wiecie jak jest - puki są siły jako takie człowiek chce sam, bo wtedy czuje, że jeszcze może.
Blog ten jak już wspomniałam ma pomóc mi kontaktować się z Wami, z tymi, co chcą wiedzieć: Jak się czuję? Musicie zrozumieć, że aktualnie połowę swojego życia spędzam w szpitalach, klinikach, prywatnych gabinetach w poszukiwaniu recepty za zło, które mnie dopadło... tak więc drugą połowę chciałabym podarować mojej rodzinie, dzieciom, które mnie potrzebują, mężowi, który ostatnio nie ma normalnego kontaktu ze mną wcale, bo ja ciągle w biegu, bo ciągle z kimś na telefonie, bo odpowiadam na pytanie: Jak się czuję? Z drugiej strony pomyślcie sami... jak się może czuć ktoś kto ma raka - NO ZAJEBIŚCIE! i tego się trzymajmy i tak ma być.
Dodam, żeby nie było nieporozumień - blog nie jest stworzony po to by zbierać pieniądze na cokolwiek co dotyczy mojej osoby. Nie po to byście pisali - słuchaj znam świetnego specjalistę, mam super książkę, znam extra znachora, mam rewelacyjny lek, to ci pomoże, musisz spróbować - wierzcie mi, czego to ja już nie próbowałam i na nic nowego nie ma miejsca po prostu, także za wszelkie złote rady - serdecznie Bóg zapłać :)
Aktualnie jestem w trakcie kolejnej chemioterapii... tak być może znowu będę łysa jak kolano dziadka Stefana, ale czego się nie robi by wrócić do zdrowia... Jestem pod stałą opieką nie 1, nie 2 a kilku lekarzy onkologów, którzy również robią wszystko, żeby było ok. Codziennie łykam około 30 tabletek to i dla zdrowia i dla urody (magnez, selen, potas, kurkuma...)bo jakby co w trumnie też trzeba jakoś wyglądać :), do tego kilka przeciw bólowych co by funkcjonować w miarę jak człowiek.
Od jutra będę się starała codziennie na bieżąco zdawać Wam relacje z mojego samopoczucia, z mojego aktualnego stanu zdrowia byście byli szczęśliwi, że wiecie a ja szczęśliwa, że Was poinformowałam i nikogo nie zaniedbałam.
Będą też fotosesje co byście mogli zobaczyć jak aktualnie wyglądam. A co jak komplet to komplet, jak szaleć to szaleć.
Tak więc moi Kochani, zapraszam Was do zaglądania na mojego bloga, oswajania się z moim robakiem i przesyłam Wam pełne optymizmu uściski i pozdrowienia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






