Opowiem Wam, z czym mieliśmy do czynienia w piątek. Ja nadal jestem w szoku, Wy oceńcie sami sytuację, która miała miejsce.
Otóż w piątek, koło godziny 19 stwierdziliśmy, że stan naszej córki nieco się pogorszył i pojedziemy na pogotowie. Pojechaliśmy do Rumi, tam okazało się, że większość osób czeka na godzinę 18 i nic tylko korzysta z usług pogotowia. Przed nami było w kolejce 13 osób, Pani mówi, że czekania na jakieś 3 godziny. Ja mówię, że dziecko leje mi się przez ręce, że nie chce jeść itp itd. Na to Pani radzi, żeby jechać do Wejherowa. No to mimo to, zarejestrowaliśmy Alicję w Rumi i pojechaliśmy do Wejherowa. Tam okazało się, że sytuacja, co do ilości oczekujących osób podobna do tej w Rumi. Ustawiliśmy się grzecznie w kolejce do rejestracji, a tam trafiliśmy na jakże uprzejmą kobietę, która pierwsze pytanie jakie zadała to było wycedzone przez wąskie usta: a do przychodni to nie łaska było iść w ciągu dnia? na co jej odpowiedziałam, że nie nie byliśmy tak łaskawi żeby zawitać do przychodni.
Na nasze pytanie, gdzie jest toaleta, pani odpowiedziała - wszystkie drzwi są opisane... nieważne, że dziecku rozwolnienie leciało po nogach...
Zarejestrowani usiedliśmy w długi ogonek uformowany z ludzi trzymających się za brzuchy, kuśtykających, płaczących w nie bogłosy dzieci, wymiotujących dzieci - przypadki były mega zróżnicowane, ale jak wiemy nikt dla przyjemności w piątkowy wieczór po pogotowiach nie jeździ.
Odczekaliśmy ponad 2,5 godziny, przed nami były już tylko 2 osoby: około roczna dziewczynka z na pierwszy rzut oka niezidentyfikowaną dolegliwością i wymiotujący chłopczyk... Po czym Pani doktor średnia wieku ok. 25 lat wychodzi z gabinetu i oznajmia wszystkim, że ona teraz wychodzi bo będzie świadczyć nocne wizyty domowe... Szczęka mi opadła... Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, krzyczeć, ryczeć, czy może komuś przywalić ... Zapytałam tylko, czy na jej miejsce zejdzie inna pani doktor... oczywiście, że nie bo ona dziś jest sama na dyżurze. Ręce mi opadły ponownie...Mój mąż powtarzał tylko w kółko, że to nie do wiary i że to nie dzieje się na prawdę.
Współczułam tym ludziom, których dzieci wyglądały już niezbyt dobrze, którzy przyjechali autobusem i zastanawiali się jak wrócą do domu, bo była już godzina 22.20... i ostatni autobus dawno już odjechał, a chyba nie każdy z nich był przygotowany na podróż taxówką.
No to czekała nas powrotna droga do Rumi na pogotowie. Zajechaliśmy, a tam liczba oczekujących wynosiła jakieś 7 osób. Po przyjęciu 2 osób, pani doktor poprosiła nas :) Była godzina 22.45 Ala spała w najlepsze, jak każde normalne dziecko o tej porze. Tata ją wniósł do gabinetu. Od pani doktor otrzymaliśmy pilne skierowanie do szpitala celem wykonania bronchoskopii (wprowadzenie przez usta kamery do płuc w celu zobaczenia czy jest tam płyn), ponieważ dziecko ma zachłystowe zapalenie płuc. Podkreśliła fakt, że dziecko zostało do gabinetu wniesione przez ojca, z dzieckiem nie ma kontaktu, więc nie ma możliwości przeprowadzenia badania, dziecko nie współpracuje, jest apatyczne, lejące się przez ręce itp itd...
Szczęka opadła mi po raz drugi tego dnia. Wróciliśmy do domu, gdzie Alusia ładnie przespała do rana. Rano koło 8 mówię do męża, jedziemy znowu do Rumi, może będzie inna lekarka i powie coś mądrzejszego... Pojechaliśmy, kolejka oczekujących 0, lekarkę dyżurującą znałam, bo leczyła Kubę, więc wiedziałam, czego mogę oczekiwać, Pani doktor wnikliwie osłuchała Alę, zajrzała do gardła, uszu, obmacała brzuch - czyli zrobiła wszystko, co się robi podczas badania. Po czym oznajmiła, że Ala ma typowe powikłania po ospie - zapalenie oskrzeli, a jelitówkę załapała bo jest osłabiona. Na zapalenie oskrzeli zapisała antybiotyk i inhalacje. Nie było mowy o żadnym szpitalu! Do tego ochrzaniła nas dlaczego nie zaszczepiliśmy Ali na ospę, szczepionka to koszt około 200zł bo jest tylko wykonywana prywatnie, ale pozwala uniknąć wszystkich konsekwencji, powikłań itp. Dziecko przechodzi ospę, ale 99% łagodniej niż bez szczepienia, może mieć np. 3 kropki i swobodnie chodzić do żłobka, przedszkola czy szkoły... Ja byłam cały czas w błędzie bo myślałam, że ospa to taka choroba, którą dziecko musi przejść... i poza tym nikt mi nigdy nie mówił o szczepionce na ospę, ale jak widać w naszym kraju nie zapytasz - się nie dowiesz, powinnam być medycznie bardziej uświadomiona.
Nikomu nie życzę, żeby miał nieprzyjemność zderzenia się z wyżej opisaną rzeczywistością!!!
Także ocenę służby zdrowia pozostawiam Wam, ale dla mnie to nienormalne żeby dyżur na pogotowiu pełniła 1 osoba z zerową wiedzą pediatryczną. A to, że już w szpitalu zadziało się to, co się zadziało to po prostu żenada. Nie dziwię się teraz tym przypadkom, które pokazują w TV, że człowiek jeździł od jednego szpitala do drugiego, aż w końcu pod drzwiami trzeciego ducha wyzionął... straszne, ale jak widać realne :(
OK, odchodząc od tematu.... Kolejne zamówienie gotowe do odbioru:
Przesyłam buziaczki i miłego niedzielnego po południa :)
PS. Co do mojego "jak się czuję":
DOBRZE!!! tylko nie chce mi się jeść :(:(:(
Jutro mam wizytę u dermatologa, we wtorek chemia... poza tym mam kupę zamówień, więc na blogu mogę być rzadszym pisarzem, ale będę się starała żebyście byli na bieżąco :)