Zanim usiadłam do pisania to miałam Wam tyle do powiedzenia, a teraz jak już siedzę to pustka w głowie. Ale może zacznę od tego, że ciut mnie niektórzy z Was dołują. Po tym, jak zostałam podopieczną fundacji znowu masowo rozpoczęły się złote rady płynące zewsząd. Co tylko spojrzę na telefon to mam wiadomości z tym, gdzie powinnam się udać, czego spróbować, co przeczytać, z czy, się zapoznać, z czego zrezygnować a czego już na 100% powinnam wypróbować, co jeść, czego nie itp itd. Że to błąd do Fundacji bo mi zabiorą większość albo wszystko ...
Najsmutniejsze są takie w których piszecie chemia zabija, chemia nie działa, nie warto jej brać... a co warto? Rzucić wszystko i co dalej... Jakiś schemat leczenia uruchomiłam w 2017 roku, nawet nie wyobrażacie sobie jaki strach jest już przed samym myśleniem żeby ten schemat przerwać, to nie jest proste, to nie są łatwe decyzje, bo od tego zależy moje być albo nie być.
Cieszę się na Wasz odzew co do tego, że jestem w Fundacji. Nie chcę żebyście myśleli, że nie mam na chleb bo i na bułki jeszcze znajdę. Pieniążki wpłacane przez Was do fundacji mają służyć temu żebym nie musiała zastanawiać się skąd wziąć na te wszystkie wizyty lekarskie, których koszt nierzadko zaczyna się od 400zł, na dojazdy do Opola, Warszawy, na badania, lekarstwa itp. Zapisałam się po to by mój budżet rodzinny nie ucierpiał z powodu mojej choroby, bym nie musiała za jakiś czas odmawiać czegoś dzieciom bo wiecie mama potrzebuje na lekarza. Poza tym zachodzi opcja, że gdzieś w Ośrodku w Polsce zaproponują mi leczenie zupełnie inne od tego co do tej pory i wtedy pieniążki te będą mi po prostu niezbędne bo tam leczenie zaczyna się od kwot 70tys zł ...a tu gdybym sprzedała wszystko co mam... nerki mam zdrowe jeszcze :) to nie wiem czy bym tyle uzbierała?! Stąd wyciągam do Was dłoń poprzez Fundację.
Chcę też uświadomić niektóre osoby, że jeszcze wychodzę z domu. Bo mina niektórych z Was na ulicy gdy się mijamy - bezcenna... tak, zdarzają mi się dni kiedy wychodzę na zewnątrz, czy to do sklepu, czy na spacer - tak ja wciąż żyję :)
Wiele osób też nie wie co powiedzieć gdy się widzimy, czasem nie trzeba nic mówić, wystarczy zwykły gest - jak to mówi moja córka - mama przytulas, i tu słowa są zbędne. Ja wiem, że większość z Was jest ze mną i to mi wystarczy.
Fajnie by było odejść troszkę od tematu choroby i tych wszystkich dupereli jej towarzyszących - Wy żyjecie pełną piersią, ja na pół gwizdka - polećcie jakąś fajną książkę (tylko nie z dziedziny medycyny, bo zwariuję), jakiś dobry film, podzielcie się tym co u Was... ja nie zawsze mam czas by zapytać jak Wasze dzieci, co słychać itp, ale to nie znaczy, że mnie to nie interesuje, lubię wiedzieć co się u Was dzieje.
A i Gratuluję osobie, która nazwała mojego raka - chwastem - idealnie, w samo sedno!! Interpretacja też bardzo mi odpowiada. Dziękuję!! Jesteś Zwycięzcą :)
Buziaki i przyjemnej soboty życzę!
PS. Czy u Was też tak cudownie biało?
PS2. Chciałam tylko dodać, że zdjęcia, które wstawiam na blog, w większości są autorstwa super Fotografki Katarzyny Goniszewskiej - Dziękuję za zatrzymanie w obiektywie mojej zmieniającej się twarzy. Nigdy nie lubiłam być fotografowana, Kasi udało się przełamać moje obawy i nawet mi się spodobało bycie po tej stronie obiektywu!!
😘
OdpowiedzUsuń❤️
OdpowiedzUsuń